facebooktwitteryoutube
Aktualności - 13 Sty, 2017
- 2 komentarze
Gdy grzybiarzowi wytną las.

Czy zastanawiałeś się kiedyś, jakie problemy, przeszkody lub dylematy ma grzybiarz podczas realizowania swojej pasji? Wydawać by się mogło, że nie ma ich wcale lub prawie wcale. Nic bardziej błędnego. Grzybiarz, tak jak wędkarz, sportowiec lub szachista ma mnóstwo, nazwijmy to wyzwań. Zastanawiasz się… Jakież to dylematy mogą mieć grzybiarze? Ano mają. I to full. Zanim przejdę do sedna wpisu, zacznę od początku.

Rozpatrzę przypadek grzybiarza, który już na tyle zna się na grzybach, że jego dylematem nie jest zastanawianie się, co wrzucić do kosza, a co zostawić w lesie. Ok. Czyli wiem, po co jadę i znam to, co planuję zebrać. I tu pojawia się pierwszy dylemat. Gdzie pojechać? Jeżeli grzybiarz ma swój ulubiony las i tylko tam cały czas jeździ to problemu nie ma. Ale jak się zna kilka kompleksów leśnych to wyzwanie już się pojawia, a właściwie wielki dylemat – gdzie się udać? Często rozum mówi co innego, niż serce i trzeba ten stan wypośrodkować oraz spojrzeć na planowanie grzybobrania bardziej racjonalnie, co wcale nie jest łatwym zadaniem. ;))

Zawsze pozostaje rzut monetą i w razie zaliczenia grzybowej padaki, winę można zrzucić na kawał okrągłej blachy, zwanej pieniądzem. Powiedzmy, że już dokonałem wyboru, gdzie pojechać, przyjeżdżam do lasu i tu pojawia się cały szereg wyzwań. Czy są grzyby? Jakie gatunki najlepiej owocują? Czy inni mnie nie uprzedzili na znanych miejscówkach? Czy wysyp jest zdrowy, czy robaczywy? Wreszcie – trzeba uważać na kleszcze, meszki, komary i innych krwiopijców.

Nagle widzisz, że niebo pociemniało i chyba szykują się opady deszczu. Co robić? Iść w las, czy przeczekać i przyjrzeć się rozwojowi sytuacji? Skoro jednak przyjechałem do lasu kawał od domu to szybko się nie poddam. Z cukru, lukru nie jestem. Nie rozpłynę się. Deszcz, zaczynam odbierać pozytywnie. Po pierwsze – kapelusze grzybów będą lepiej widoczne. Będą się świecić. Po drugie – jak pada to grzyby powinny kontynuować wysyp. Czyli same plusy. No prawie same, bo jak nie wziąłem gumowców to w butach szykuje się niezłe chlupotanie. ;))

Ok. Pokonałem, czy raczej wziąłem na klatę wszystkie wyzwania. Bez względu na ich ilość, jestem cały w skowronkach, sosnach i świerkach, że w końcu jestem w moim ulubionym lesie i szybkim chodem zmierzam w kierunku znanych mi dobrych miejscówek na prawdziwki, koźlarze, tudzież rydze i kurki. Co jakiś czas rozglądam się, czy aby ktoś mnie nie śledzi, celem podpatrzenia znanych mi miejsc. Wszystko jest w porządku. Nikogo nie ma, nie widać też żadnych śladów grzybiarzy, którzy mogliby mnie uprzedzić. Podczas marszu, znajduję pierwsze grzyby i już adrenalina zaczyna szaleć. Działa też wyobraźnia…

Skoro po drodze już trafiam na ładne grzyby, to co się musi dziać na miejscówkach? Tam będzie eldorado. Nerwowo idę coraz szybciej. W końcu dochodzę do wniosku, że grzyby przy drodze pozbieram, jak będę wracać. Lepiej, obłowić się hurtowo w miejscówkach, a później, na pełnym luzie przejść drogą i pozbierać resztę grzybów. Po podjęciu takiej decyzji, zasuwam jak chodziarze na olimpiadzie. Jeszcze tylko jeden zakręt, kawałek młodnika i już znajdę się w grzybowym eldorado.

Czuję bicie serca, solidne ukrwienie całego organizmu, spowodowane wyższym ciśnieniem i grzybowym bzikiem. Jeszcze tylko kilkadziesiąt metrów… I co?… Szok, niedowierzanie, niemoc i całkowity zanik „pary”, która tak gotowała się we mnie i gnała do przodu. Wycięli las. Zamiast pięknego lasu, pełnego borowików, podgrzybków i innych grzybów, pali Słońce, a na kilku hektarach, „narodziła” się pustynia. Chce się wyć, wrzeszczeć, wpaść do leśniczego i spuścić mu łomot za zniszczenie mojego sacrum i grzybowego eldorado. Emocje, emocje i jeszcze raz emocje.

Poznałem w życiu wielu grzybiarzy. Każdy z nich, przeżył coś podobnego. Ulubione, grzybne miejscówki nagle przestały istnieć. Na portalach społecznościowych, grzybiarze także poruszają ten problem. Można przełknąć wszystko. Brak wysypu spowodowanego suszą. Albo porządny wysyp, ale kompletnie robaczywy. Wczesne przymrozki lub wyzbieranie grzybów przez tych, co byli szybciej. Ale jak poradzić sobie w sytuacji, kiedy wyharatano nasz ukochany las w pień?  

Pierwszy raz przeżyłem to w 1993 roku w Bukowinie Sycowskiej. Trzy lata wcześniej, wspólnie z ojcem, wyczailiśmy dwa gęste, średniej wielkości młodniki. Były one bardzo dobre, jeśli chodzi o występowanie koźlarzy pomarańczowo-żółtych. Zmyłką dla grzybiarzy był skład gatunkowy tych młodników. Z brzegu rosły wyłącznie sosny. Nie było widać żadnych innych gatunków drzew, przez co grzybiarze tam nie wchodzili, tylko po ich obrzeżach, od niechcenia, zbierali maślaki, których miejscami było zatrzęsienie. Gęstość młodników, skutecznie zniechęcała do buszowania. Ale nie mnie. ;))

Był to mój 6 sezon grzybowy, a moja ciekawość leśnego świata grzybów i opowieści wrocławskiej paczki grzybiarzy tak mnie nakręcały, że nie było dla mnie rodzaju lasu, do którego nie chciałem wpełznąć. Miejscami miałem jeszcze takie naiwne, dziecinne myślenie, że „im więcej drzew i gęściej, tym więcej grzybów można znaleźć”. ;)) Po wejściu na dobre w głąb tych młodników, okazało się, że nie jest tak gęsto, jak to się wydawało na ich skrajach. Poza tym rośnie tam sporo kilku-metrowych brzózek. A w nich – krawiec na krawcu. Miejscami było widać po 20-30 koźlarzy pomarańczowo-żółtych na jednym „rzucie” oka.

Chyba nie muszę opisywać, w jakim amoku byłem. ;)) Ojciec zresztą też. Z tych młodników, wynosiliśmy czasami po 250-300 sztuk przepięknych koźlarzy na grubych, masywnych „kopytach”. Już wtedy, stały się ona dla mnie gatunkiem absolutnie kultowym. Poza ich przepiękną, intensywną, pomarańczowożółtą barwą kapeluszy i zbójnickim trzonami, urzekło mnie wielkie podobieństwo tych trzonów do brzóz. Tak, jak dostojne i giętkie panny brzozy mają biało-czarne kory, tak i koźlarze, zachwycają białymi nogami z licznymi, czarnymi łuseczkami. Tak miniaturka brzozy. W dodatku niezwykle urocza i fenomenalnie wkomponowana w stanowiska piaszczysto-wrzosowe. Do dzisiaj jestem zauroczony widokiem krawców, rosnących pod brzózkami. Jest to niezwykle fotogeniczny gatunek grzybów.

Ale w 1993 roku stało się coś, co bardzo mocno wstrząsnęło moim spojrzeniem na – wydawałoby się – poukładany i niczym nie zagrożony leśny, koźlarzowy świat. Pewnego słonecznego, czerwcowego dnia, zastaliśmy nasze kozakowe młodniki z napisem „wstęp wzbroniony, ścinka drzew”.  I oto nasze gęste, nieprzebyte przez większość „dżunglowe” młodniki stały się łatwo dostępnymi pozostałościami po ich dawnej świetności. Co druga sosna i brzoza ścięta, ogromne ilości gałęzi. Bałagan jak cholera. Ależ ja byłem wtedy wściekły na leśników i drwali. Ubzdurałem sobie, że zrobili mi na złość.

W drodze powrotnej, cały czas rozmawiałem z kilkoma starymi grzybiarzami o tym, co mnie spotkało. Słuchał mnie m.in Romek, Jurek oraz Marian „Manuś”, czyli kilku z czołowych grzybiarzy naszej paczki. Jak już się wygadałem przed starszyzną, Jurek zaczął się śmiać i powiedział: „Młody – i na takie sytuacje jest recepta. Za bardzo przywiązałeś się do jednej miejscówki grzybowej. Musisz w każdym sezonie odkrywać nowe miejsca grzybowe. Jeżeli wytną Ci w pień jedno stanowisko to masz asa w rękawie i idziesz do pięciu następnych. Jak będziesz regularnie jeździć do lasu to poznasz wiele nowych terenów. Wtedy nie będziesz tak biadolić nad rozlanym mlekiem. Nie martw się. Każdy z nas otrzymał już wiele razy taki „bonusik” od zarządzających lasami”.

Podczas następnej wycieczki, pierwszym celem, jaki postawiłem sobie to wywęszenie nowych miejscówek. Tym zacząłem się kierować. Razem z ojcem ruszyliśmy na grzybowy podbój Bukowiny i okolic. ;)) Jak się okazało, wyszukanie nowych miejsc nie było arcy-trudnym zadaniem. Uświadomiłem też sobie, że las, który wydawał mi się symbolem trwałości, może w mgnieniu oka przestać istnieć. Była to bardzo bolesna, ale pożyteczna nauka. Z każdym rokiem, odkrywałem coraz więcej zakamarków Wzgórz Twardogórskich. Zacząłem poznawać też inne rejony, aby – jak to powiedział Jurek „nie płakać nad rozlanym mlekiem, kiedy wytną las”.

I do dzisiaj tak pozostało. W każdym sezonie, chociaż trochę staram się poznać nowe rejony, aby w razie wycinki jakiś ulubionych miejscówek grzybowych, od razu udać się w alternatywne miejsca. Z tym wycinaniem lasów jest ciekawa sprawa. Po artykule na blogu, dotyczącym stanu lasów w 2015 roku, wielu znajomych pisało mi o „masakrze” drzew w swoich regionach. Od grzybiarzy, których znam się osobiście, usłyszałem podobne opinie. Czyli mamy taką sytuację, że z jednej strony – raport daje powód do zadowolenia, jeżeli chodzi o stan naszych lasów, z drugiej strony, pojawiają się zdania, że jest on w dużym stopniu przelukrowany i nie oddający w pełni rzeczywistego obrazu i skali wycinki lasów.

Opinie o masowych wycinkach, czytam od grzybiarzy z różnych regionów Polski. Są rozgoryczeni, że setki hektarów lasów, nagle znikają, czyli zostają wycięte w pień. Cóż na to można poradzić? Cokolwiek się nie zrobi, twardy jak głaz fakt, pozostanie niezmieniony. Lasu już nie ma, a czekanie na to, żeby urósł nowy, raczej zabraknie nam życia. Co zatem w takiej sytuacji ma zrobić grzybiarz – pasjonat i amator leśnego rzemiosła? Odpowiedź jest prosta. Szukać nowych miejsc. Na początek ciężko pogodzić się z tym twardym faktem, czyli nagłym brakiem ulubionego lasu.

Na podstawie własnych obserwacji lasów na Wzgórzach Twardogórskich w kwestii wycinki lasów, doszedłem do podobnego wniosku, czyli, że od pewnego czasu wyrąb lasów jest większy. Jednak nie jest to w żadnym stopniu opinia wiążąca ponieważ nie znam stanu lasów na całych Wzgórzach w każdym metrze kwadratowym. Nie odwiedzam w danym sezonie wszystkich lasów porastających Wzgórza i być może, moje subiektywne obserwacje w pełni nie oddają stanu faktycznego. Może na tych odcinkach, które odwiedzam, ma miejsce zwiększone pozyskiwanie drewna, a tam, gdzie mnie nie ma, więcej sadzą niż wycinają?

Abstrahując od wszystkiego, leśnicy – bez względu na ilość wykonywanych zrębów, mają w świadomości, że po wyciętym lesie należy zasadzić nowy. Mówią o tym także przepisy związane z gospodarką leśną. Gdyby wycinano lasy i nie sadzono młodych to za jakiś czas nie byłoby już co ciąć. Na szczęście tak nie jest. Po pozyskaniu drewna, sadzone są młodniki i to jest dla grzybiarza poważny sygnał, że warto przyglądać się temu miejscu.

Na koniec, chcę Ci przekazać kilka informacji i wniosków, które skleiłem w całość po wieloletnich obserwacjach wybranych miejsc grzybowych i szans związanych z ich wycinką. Może to brzmi paradoksalnie? Nie szkodzi. W lesie tak właśnie jest. Wycięcie lasu to żal i łzy w oczach. Ale posadzenie w jego miejsce młodego lasu to już powrót życia, grzybów, a zatem związane z nimi możliwości.

  • Poznawaj w każdym sezonie kilka nowych miejsc, aby móc się do nich udać, jeżeli nasze dotychczasowe miejscówki przestaną istnieć;
  • Obserwuj miejsca, które wycięto, w szczególności, jak posadzili tam młody las;
  • Gdy młody las już na dobre pnie się w górę, grzyb na pewno tam siedzi;
  • Przypomnij sobie, gdzie zbierasz najwięcej maślaków zwyczajnych, ziarnistych lub sitarzy? W starym drzewostanie, czy w młodnikach? Chyba odpowiedź druga. ;))
  • Młodniki to bardzo często grzybowe enklawy i eldorado. W samych sosnach można znaleźć zarówno maślaki, jak i podgrzybki lub prawdziwki. Jeżeli rosną w towarzystwie młodych brzóz to rozglądaj się za kozakami i kurkami;

  • Jeżeli młodniki są mocno zróżnicowane gatunkowo (sosny, świerki, buki, dęby, modrzewie) to nic więcej do szczęścia nie potrzeba. ;)) Taki właśnie odkryłem w zeszłym sezonie. Jest on bardzo urozmaicony, bo poza różnorodnością gatunkową jest w nim także różnorodność (klasa) wiekowa. Wśród 5-6 metrowych drzewek, rosną duże, kilkudziesięcioletnie drzewa. W tym miejscu, zbierałem sporo prawdziwków, podgrzybków i maślaków.

  • Pamiętaj też, że nie w każdym młodniku rosną pożądane i poszukiwane przez nas gatunki grzybów. Czasami trafisz na piękny młodnik z olszówkami i lisówkami pomarańczowymi w roli głównej. „Nazbierasz” w nim tylko igieł w koszu, za kołnierzem i na ubraniu oraz pająki, kleszcze i inne drobne istoty. Nie zrażaj się tym. Szukaj dalej, bacznie obserwuj i nie poddawaj się. Las uczy pokory, szacunku i cierpliwości. ;))
Podziel się na:
  • Facebook
  • Google Bookmarks
  • Twitter
  • Blip
  • Blogger.com
  • Drukuj
  • email

Komentuj na FB

Dodaj komentarz

  • wojek //16 Sty 2017

    Witaj Paweł:)
    Jak zwykle poruszasz bardzo ciekawy temat. Niestety wyrębu lasów nie zatrzymamy… Drewno jest zbyt cennym surowcem aby leśnikom „chciało się czekać” 200-300 lat na wycinkę sosny. Na ogół idą pod siekierę drzewa stosunkowo młode sosny już 80 letnie. Fakt trzeba stwierdzić, że lasy na Dolnym Śląsku przypominają troszkę grządki działkowców. Tylko zamiast rzodkiewek rosną nap sosny no i czas na ziór troszkę inny. Co do przykrych niespodzianek związanych z wycinką Paweł któż z nas ich nie miał. Choćby na Pomorzu. Mamy takie swoje (no chyba mieliśmy) miejsce w okolicach wioski Głęboczek. Jakie tam rozły prawdziwe, rydze o podgrzybkach i maślakach już nie mówiąc. Przyjeżdżamy tam któregoś roku a tam krajobraz księżycowy po sam horyzont. Śladu lasu!!! Tylko porozwalane pnie i zryty ciężkim sprzętem teren. Poleciało pod adresem leśników „mięcha” oj poleciało. Ale… minęło kilka lat i na miejscu wyrębu wyrósł młodnik. Z ładnym grubym mchem, wrzosem dalej nie muszę już chyba pisać:) Zresztą póki co na szczęście lasu nie brakuje. Ale Paweł mam wrażenie, że jest on eksploatowany nadmiernie. W końcu to nie są buraczki – siew w marcu zbiór w październiku. Tutaj trzeba czekać cały wiek na „zbiór”.
    Serdecznie pozdrawiam:)

    • Paweł Lenart //21 Sty 2017

      Witaj Wojtku. 😉
      Gdy byłem mały i znałem jeszcze niewiele miejsc grzybowych to wycinka stanowiła dla mnie dramat i ciężkie przeżycie. 😉 Obecnie – widząc wyrąb lasu – mówię do siebie: to miejsce muszę na razie sobie odpuścić i idę dalej. Zdecydowanie się uodporniłem na emocje z tym związane. Zawsze jestem wdzięczy lasom, że w danym miejscu – jeszcze przed wycięciem, obdarował mnie swoimi skarbami. I tak, jak w artykule napisałem – zawsze mam alternatywne miejsca w razie „zniknięcia” lasu. Wycinki były, są i będą. Szkoda tylko, że jest ich tak dużo. Za to zdjęcia i wspomnienia pozostaną na zawsze. 😉
      Pozdrawiam! 😉