facebooktwitteryoutube
Aktualności - 07 Sty, 2017
- brak komentarzy
Noworoczne spotkanie z lasem.

Gdzie ukryły się prawdziwki, podgrzybki, kanie i koźlarze? Gdzie te rzesze grzybiarzy, chodzących z wiadrami i koszami oraz nawołujących się co chwilę: „Zocha, Staszek, Heniek, Gienek, Żabciu!?” ;)) Wreszcie, gdzie te zatłoczone szosy i full samochodów przy leśnych parkingach, poboczach i innych miejscach postojowych? Można dodać za Wojciechem Gąsowskim i jego piosenką: „bum bum bum bum… bum bum… bum bum… bum uuu uuu..”. ;)) Jak wiadomo, 6 stycznia to święto Trzech Króli i dzień wolny od pracy. W tym roku wypadło nam w piątek, tym samym wydłużając weekend o cenne 24 godziny.

Sylwester już minął, Nowy Rok rozpoczął swój marsz do osiągnięcia wieku 365 dni i pójścia sobie do historii. Życie wróciło na swój codzienny tor. Brakowało mi tylko jednego. Noworocznego spotkania z lasem. Plan wycieczki trój-królewskiej, krążył mi w głowie już od ponad dwóch tygodni. Coraz śmielsze prognozy pogody, zwiastujące atak zimy i mrozu, dawały nadzieję, że trafię na śnieżną odsłonę lasu. Trzy dni temu było już wszystko jasne. Zima powiedziała dzień dobry i przywitała większość kraju śniegiem i mrozem. Oczywiście (i prawie tradycyjnie) poza niecką anty-zimową, czyli Wrocławiem i jego okolicami.

O ile na mrozik Wrocławianie mogą jeszcze liczyć, o tyle na śnieg – głównie z zamrażalnikach. Ale czy poza Wrocławiem, a dokładnie na Wzgórzach Twardogórskich, czyli moim docelowym miejscu wycieczki, leży nieco więcej – jak to powiedział Tazok – wody w proszku? ;)) Patrząc na mapy pokrywy śnieżnej, niby coś tam poprószyło, ale jak to jest naprawdę, trza się przekonać indywidualnie, osobiście i namacalnie. Decyzja zapadła. Stała się ostateczna, nieodwołalna i jedynie słuszna. O godzinie 8:15, wyruszyłem pociągiem na pełną wrażeń wyprawę.

Temperatura w samym mieście wyniosła -7 stopni C. Przy gruncie – na otwartym terenie, było o kilka stopni mniej, średnio -10/-11 stopni C. Panowało bardzo zmienne zachmurzenie. Od bezchmurnego nieba po prawie całkowicie zasnute chmurami z krótkimi i dosyć mocnymi opadami śniegu. Następnie, ponownie prawie bezchmurnie. Tak było kilka razy zanim dojechałem do Oleśnicy. Klimat wycieczki robił się coraz piękniejszy. Za Wrocławiem (dokładnie za Długołęką) wyraźnie widać więcej śniegu. To bardzo częste zjawisko. Wrocław tworzy tzw. „miejską wyspę ciepła”, gdzie pada deszcz (lub w ogóle nie pada), a kilka kilometrów od „wyspy” śnieg. W Oleśnicy w pociągu zdecydowanie się wyludniło. Zostało tylko kilka osób w przedziale. Od razu to wykorzystałem i chwyciłem za aparat fotograficzny.

Pikawa zabiła znacznie mocniej, gdy zobaczyłem zaśnieżoną Bukowinę. Z pociągu pstryknąłem kilka fotek i już planowałem wycieczkę tak, aby jeszcze przed zachodem Słońca przybyć na stację mojej Mekki i zrobić tam więcej fotek. Docelowo, wysiadłem stację dalej – w Międzyborzu. Pociąg leniwie pojechał dalej w kierunku do Ostrowa. Na międzyborskiej ziemi zrobiło się cicho, spokojnie i przepięknie zimowo. Jeszcze rzut oka i aparatu na bocianie gniazdo i wyruszyłem na zimowe wciąganie lasu i jego noworoczne przywitanie. ;))

Przez moment pomyślałem o tej niesamowitej parze bocianów, które przylatują tu co roku. Jak daleko teraz są od Międzyborza? Co robią? Czy dobrze im się wiedzie i czy wszystko u nich w porządku? Mam wielką nadzieję, że już w marcu, usłyszę tam radosny klekot i zobaczę troskę bocianich rodziców o złożone w gnieździe jaja. Sama stacyjka w Międzyborzu, efektownie prezentuje się w promieniach wschodzącego, styczniowego Słońca. Niby zwykła stacja. No właśnie „niby”. Podobnie jest z bukowińską ;))

Krótki spacer na skróty przez tylną część Międzyborza, aby szybko dostać się do lasu. Ludzi nie widać. Wszyscy w chałupach grzeją się przy piecykach w mroźny, styczniowy poranek. Tylko Pawłowi z Wrocławia „odbiło” i przybył tu po raz 600-setny i to w środku zimy, żeby natrzaskać zdjęć, nakarmić umysł i duszę lasem oraz nacieszyć oczy zimą, której we Wrocławiu brak. Na szczęście ktoś wyszedł mi na przywitanie. I to w liczbie mnogiej. Wspaniałe, dorodne wilczury. On i ona. Puszyste, dostojne i pilnujące prywatnej własności międzyborskich ludków. Radośnie mnie obszczekały, ale nie sprawiały problemu, kiedy postanowiłem je złapać w obiektywie. ;))

Jeszcze około 20-stu minut szybkiego marszu i już zaczynam podziwiać pierwsze, leśne klimaty. Najważniejsze, że jest śnieg. Tak na oko od 5-6 do 8-10 cm. Wystarczająco, aby w pełni zachwycić się zimowym lasem. Radość nieprzeciętna. Wspaniale, że pogoda zrobiła się zimowa akurat na 6 stycznia. Podczas każdej wycieczki, zanim wejdę do lasu, zastanawiam się, co las przygotował dla mojej wiecznie głodnej lasu duszy i jakie fotograficzne trofea zdobędę? To wspaniałe uczucie ponieważ każda wycieczka jest niepowtarzalna i podczas każdej, las oferuje coraz to wspanialsze i niesamowite doznania.

Wczoraj, niesamowity klimat, panował już daleko przed wejściem do zimowych komnat leśnego majestatu. Nieco złowieszcze, granatowe chmury, podświetlane momentami prze słoneczne promienie, nadawały lasom wyjątkowo tajemniczej i jakże wciągającej aury. Będąc coraz bliżej, moim oczom ukazała się bajkowa i baśniowa sceneria. Odwrotu już nie było. Leśna hipnoza zaczęła działać jak narkoza, wypełniając szczelnie każdą kroplę krwi. Za to hormony peptydowe, czyli endorfiny, osiągnęły ogromne stężenie. ;))

Rozpoczęło się oglądanie wszystkich zakamarków leśnego świata z najdrobniejszymi szczegółami. Podczas tej wycieczki, narzuciłem sobie wręcz wojskową dyscyplinę. Wszystko przez czas, którego podczas zimowych wojaży jest mało z uwagi na bardzo krótki dzień. Bonusem może być bezchmurne niebo, dzięki czemu, dłużej jest jasno – o jakieś 40-45 minut. Warstwa śniegu, chociaż nie jakaś tam wyjątkowo gruba, była na tyle wystarczająca, aby spowolnić chodzenie. Do tego należy być bardziej wyczulonym na zasypane wertepy, dziury, aby wycieczka nie zakończyła się na ostrym dyżurze chirurgicznym…

Trasa, jaką zamierzałem pokonać to w przybliżeniu 15 kilometrów. Mając na uwadze, że moje wejście do lasu nastąpiło około godziny 10-tej, miałem 5 godzin z hakiem, aby wszystko przejść i jeszcze za dnia znaleźć się na bukowińskiej stacji. Czyli wychodziło średnio 3 km na godzinę. Tempo, wydawać by się mogło, że lajtowe. Tak, pod warunkiem, że się cały czas idzie. Ale przy takich widokach, kiedy trzeba zatrzymać się co chwilę i pstrykać zdjęcia + wolniejsze tempo chodu z uwagi na śnieg to wcale nie jakiś mega zapas czasu.

W takiej sytuacji, niezaprzeczalnym atutem jest doskonała znajomość terenu i świadomość, gdzie się jest. Jakże inny jest las zimą! Jaka ogromna różnica pomiędzy zielonym, bujnym i rozśpiewanym kożuchem lipcowego baldachimu, a zimową ciszą i głuszą. Tam, gdzie było maksymalnie zielono, ciasno i gęsto, teraz jest biało, luźno i przeźroczyście. ;)) Ale całkowitej ciszy nie ma, chociaż mogłoby się wydawać, że jest inaczej. Do majowo-czerwcowych koncertów leśnego życia jest wprawdzie bardzo daleko, ale – tak jak wspomniałem – o całkowitej ciszy w zimowym lesie nie ma mowy.

Z ptaków koncertują sikorki. Subtelnie, zimowo i na swój jedyny, sikorkowy sposób. Czasami, do ich śpiewu dołącza perkusja dzięciołów. Tego koncertowego duetu nie słychać w każdej części lasu. Ale nawet tam, gdzie ptasi artyści nie dają swojego koncertu, także nie ma ciszy. W zimowym lesie, wyjątkowy jest wiatr, zwłaszcza podczas takiej śnieżnej scenerii. Porusza wyschnięte i trzymające się na gałęziach liście dębów, tarmosi bezlistnymi koronami innych drzew, wreszcie strąca, zalegający na drzewach śnieg.

Mroźny, północy podmuch z syberyjskim powietrzem uświadamia nam potęgę Królowej Śniegu i jej żywiołów. Zimny, przeszywający i dokonujący selekcji najsłabszych osobników. Wielkie i potężne prawa natury. Nieokiełznane i nie do końca poznane. Podczas wycieczki, odwiedziłem kilka pereł dendroflory Wzgórz Twardogórskich. Jedną z nich był dąb szypułkowy Straszydło. Staruszek podupadł na zdrowiu, ma wiele uschniętych gałęzi i przerzedzoną koronę. Pomimo to, nadal dumnie „straszy” zabłąkanego grzybiarza i rzuca czar, dzięki swojemu uroczemu wyglądowi. ;))

Będąc już dosyć głęboko w lesie, odwiedziłem jedno z ulubionych oczek wodnych, wielokrotnie fotografowane przez mnie. Był też o nim odrębny artykuł. Zanim się do niego dotrze, należy przejść przez nieco niewygodny (łęgowy, podmokły i zarośnięty jeżynami) odcinek w którym rosną olchy. Jednak nagroda jest warta nieco poświęcenia i zadrapania przez kolczaste jeżyny. Widoczny w oddali sosnowy las z perspektywy olch także jest warty do pokazania i podziwiania.

Byłem przy tym oczku również poprzedniej zimy, dokładnie 2 stycznia 2016 r., kiedy prawie nie było w nim wody. Także panowała zimowa sceneria, jednak śniegu było o kilka centymetrów mniej. No i brak wody wyraźnie był „odczuwany” w moim subiektywnym odbiorze jego zdjęć. Wczoraj, wody było w przyzwoitej ilości, oczywiście na powierzchni w stanie stałym. Przed południem, oczko jest fantastycznie oświetlane przez promienie słoneczne. To jedno z tych miejsc, gdzie beż żadnego kombinowania, po prostu wyciąga się aparat, a dobre zdjęcia same wychodzą. ;))

W porze wiosenno-letniej, oczko wodne jest codziennie odwiedzane przez leśną zwierzynę, która gasi w nim swoje pragnienie. W pewnym momencie pomyślałem, że zrobię kilka ujęć z perspektywy widocznej na środku wysepki, ale lód pod moim ciężarem zaczął ostrzegawczo trzeszczeć, zatem natychmiast wykonałem komendę „cała wstecz”. ;)) Mrozy przyszły dopiero kilkadziesiąt godzin temu i zbiorniki wodne są pokryte jeszcze zbyt cienką warstwą lodu aby bezpiecznie można było na nie wejść.

Zaraz za „plecami” oczka widać piękną aleję, złożoną z czerwonych dębów. Kilka drzew jest zaatakowanych przez grzyby nadrzewne. Huby rosną sobie kilka metrów nad ziemią, dzięki czemu z łatwością można je fotografować od spodu. Tak oglądane i widziane hubiaki, dostarczają ekstra widoków nie tylko dla pasjonatów grzybów. Co jakiś czas, podmuchy lodowatego wiatru, strącały z wierzchołków drzew śnieg. Ponieważ bardzo mi się spodobał efekt śnieżnej zadymki, stanąłem w wybranym miejscu i sfotografowałem działalność niewidocznego, wiatrowego żywiołu. Efekt – moim zdaniem – fantastyczny! ;))

Stojąc pod rozbujanymi przez wiatr drzewami, należy zawsze pamiętać, że wraz ze śniegiem mogą lecieć „bonusy” w postaci szyszek, gałęzi, kawałków kory i innego materiału leśnego. Pomimo zachowania ostrożności i tak oberwałem szyszką. ;)) Ale i dla takich chwil warto być w lesie. Takie spontaniczne, śnieżne zadymki to naprawdę wspaniała uczta dla oczu. Zdjęcie tylko częściowo oddaje wrażenie i niezwykłość tego zjawiska.

Kolejnym, niezwykłym obiektem do fotografii, który wypatrzyłem w leśnych czeluściach to uschnięty, martwy i złamany kikut brzozy w sosnowym borze. Z perspektywy leśnej myszy wygląda on niesamowicie. Pokryty białoporkami brzozowymi ma się wrażenie, jakby kikut posiadał uszy. Do tego był wygięty w przeciwnym kierunku niż rosnące sosny. Całość, widziana od dołu dała piękną fotkę. ;)) Oczywiście w zimowej scenerii nie może zabraknąć pokrytych śniegiem świerków. Kultowy i jakże pożądany widok podczas zimowej wycieczki.

Nieco dalej następny, niezwykły i ciekawy widok. Stary, złamany świerk z hubami na „ty”. No jak nie wpełznąć pod niego i nie zrobić zdjęcia. Po prostu trzeba to wykonać i już. Nie ma innej opcji. Oczywiście wszystkie obiekty delikatnie „przyprawione” od góry śniegiem. Jak to jest. Ludzie, którzy chcą zostać artystami-malarzami, często od dzieciństwa coś paćkają, malują, rysują, kończą szkoły plastyczne i wyższe uczelnie, cały czas szlifując i ćwicząc swoją profesję.

A to i tak nie gwarantuje im sukcesu i kariery. A las? „Wyśle” korniki, żeby zadźgały świerka, wiatrowi każe go złamać i zaszczepi mu na dokładkę grzyby pasożytnicze, aby dobić „zjedzonego i złamanego” I co? Wychodzi z tego arcydzieło i obraz, którego żaden artysta nie przebije. Czym zatem są ludzkie obrazy, o które walczą kolekcjonerzy, handlarze i pasjonaci, szastając ogromną kasą do obrazów, produkowanych przez las? Kosmiczną przepaścią, której człowiek nie pokona. ;))

Sama warstwa śniegu na leśnej ściółce to także piękny obraz/obiekt do fotografii. Moja wycieczka trwała już ponad dwie godziny. Miałem pewne obawy, czy aparat fotograficzny wytrzyma niską temperaturę i nagle nie zbuntuje się za to, że serwuję mu tak ciężką pracę podczas noworocznej wyprawy do lasu i do tego w niezbyt dla niego komfortowych warunkach. W zapasie, miałem w kieszeni drugi akumulator. Oczywiście naładowany. Później okazało się, że był on potrzebny, ale nie dlatego, że ten pierwszy wysiadł z powodu niskiej temperatury. Powodem było jego wyczerpanie, spowodowane bardzo dużą ilością zrobionych zdjęć. Mania to mania. ;))

Tym samym, aparat sprawdził się znakomicie. Miałem też przy sobie wytłuczonego Casio, którego akumulatory są znacznie bardziej wyczulone na zimno. Jeden z nich padł po 3 godzinach, po zrobieniu zaledwie ok. 60 zdjęć (w normalnych warunkach starcza na ok. 500). Ok. Rozpisuję się do niebezpiecznego momentu, w którym relacja może się wydłużyć do rozmiarów samej wycieczki. Zatem już skrótowo i rzeczowo. ;))

Co mnie jeszcze urzekło, złapało za umysły i oczarowało w cudownym, styczniowym, mroźnym i śnieżnym lesie? Wszystko. ;)) A to, co jeszcze bardziej, prezentuję na następnych fotografiach. Styczniowe Słońce, oświetlające śnieg, wrzosowiska w wersji full winter, dywan wyschniętych paproci w sosnowych monokulturach, łąki i pola, konary i gałęzie, drogi i dróżki, skraje lasów i ich głębia oraz wnętrze. Zdjęcia z ambony myśliwskiej. Głazy narzutowe i liście wysuszone.

Po godzinie 14-stej, las przygotował dla mnie kolejny, nieprawdopodobny i fenomenalny spektakl. Niebo uwolniło się od chmur i wyraźnie zaczęło się ochładzać. Silniejsze porywy wiatru, zwiększały odczucie chłodu. Księżyc, będący już po pierwszej kwadrze, wzniósł się wysoko nad lasami. Samoloty, przelatujące 8-10 km nad ziemią, dosłownie „prosiły się”, żeby je sfotografować. Trzeba było szybko działać. Akurat byłem na polach, pomiędzy jedną a drugą częścią lasów.

Do Bukowiny miałem jeszcze dosyć daleko. Czas ponaglał, aby zdążyć na stację. Bynajmniej nie na pociąg, bo do niego miałem sporo czasu. Tylko – co wyżej napisałem – w celu złapania do obiektywu zimowej Bukowiny i jej magicznej stacyjki. Szedłem szybko, ale nie przegapiłem najpiękniejszych chwil szóstego stycznia. Jeszcze zamarznięte bajoro, połamany dąb, oświetlona droga, kolejna huba, następna droga i wreszcie, moim oczom, ukazała się bukowińska Mekka. ;))

Zaśnieżona, wyjątkowa, otulona delikatną, zimową kołderką. Zimna i ciepła jednocześnie. Budząca zawsze te same, wspaniałe wspomnienia, ucząca szacunku do czasu, którego odzwierciedleniem jest Bukowinian, potężny klon srebrzysty, skupiający wszystkie dusze wymarłych grzybiarzy, którzy traktowali Bukowinę, jako Ziemię Świętą i o której godzinami rozmawiali. To on wszystko widział i wszystko słyszał. I tak, jak 30 lat temu, tak i teraz, ciągle mnie zachwyca i czaruje, bo to przy nim rozpoczęła się całą moja leśna pasja.

Jeżeli chcesz poczuć to, co ja wczoraj czułem, przechodząc 15 km po styczniowym lesie i na chwilę zapomnieć się od codzienności, usiądź wygodnie w fotelu, zgaś światło, włącz swoją ulubioną muzykę i spokojnie pooglądaj zdjęcia. Będę głęboko usatysfakcjonowany, jeżeli zrelaksujesz się podczas ich oglądania. ;)) Wczorajszy dzień dostarczył mi jeszcze jednej, wspaniałej emocji. To oczywiście zwycięstwo Kamila Stocha w TCS i fenomenalny wynik Polaków w całej klasyfikacji. GRATULUJĘ! ;))

Podziel się na:
  • Facebook
  • Google Bookmarks
  • Twitter
  • Blip
  • Blogger.com
  • Drukuj
  • email

Komentuj na FB

Dodaj komentarz