facebooktwitteryoutube
Aktualności - 13 Lip, 2017
- brak komentarzy
Pamięć o wielkiej wodzie w 1997 roku – część 1.

20 lat temu, w lipcu 1997 roku przez południową, południowo-wschodnią i południowo-zachodnią Polskę, przetoczyło się ogromne wezbranie powodziowe, które umownie nazwano „Powodzią Tysiąclecia” lub „Powodzią Stulecia”. Jak się okazało kilka lat później, sformułowanie „Tysiąclecia” można przypisać tylko dla regionów południowo-zachodnich ponieważ w 2010 roku, wezbranie w Polsce południowo-wschodniej było jeszcze większe od tego notowanego 13 lat wcześniej.

Jako 18-latek miałem możliwość obejrzenia powodzi Tysiąclecia we Wrocławiu, dzień po dniu, a właściwie godzina po godzinie. Chociaż nie robiłem wtedy żadnych zdjęć, to obrazy, przeżycia i emocje, który utkwiły mi w głowie, pozostaną ze mną do końca życia. W dniu 6 lipca (niedziela) 1997 roku z samego rana pojechałem z ojcem na jagody do mojej ulubionej i ukochanej Bukowiny Sycowskiej. Było całkowicie pochmurno i zimno (zaledwie jakieś 12-13 stopni na plusie). Taka pogoda na zbieranie jagód była bardzo dobra. Z jednym zastrzeżeniem, a mianowicie, że nie pada deszcz.

Tak było mniej więcej do godziny 11. Chociaż od ponad dwóch godzin siąpiła gęsta mżawka to nie stanowiła ona większego problemu przy zbiorze jagód. Ale po godzinie 11, zaczęło tak potężnie lać, że miejscami całą szerokością dróg leśnych płynęły wartkie strumyki deszczowej wody. Decyzja była tylko jedna. Jak najszybsza ewakuacja z lasu. Pierwszy, powrotny pociąg był kilka minut po 13-stej. Myśmy stawili się na stacji już prawie godzinę wcześniej. Zrobili to też wszyscy pozostali ludzie, którzy w tym dniu przyjechali pociągiem do lasu. Każdy był kompletnie przemoczony. Silny wiatr i niska temperatura skutecznie zwiększały odczucie zimna.

Po powrocie do domu, szybkiej kąpieli i ogarnięciu się, siadłem w pokoju i popijając gorącą herbatę, włączyłem telewizor. Na zewnątrz lało cały czas. Pierwsze informacje, jakie wtedy usłyszałem, były co najmniej bardzo niepokojące. Brzmiały one mniej więcej tak: „Jeżeli natychmiast nie przestanie padać, Kotlinę Kłodzką czeka niespotykana od bardzo wielu lat fala powodziowa. Sytuacja jest już skrajnie dramatyczna i pogarsza się”. Pomyślałem sobie, że skoro jest tak źle, to co tam się dzieje? Przecież – owszem – leje mocno od kilku godzin, ale widziałem w życiu większe ulewy i nie było tak tragicznie. To o co chodzi?

Po powodzi, kiedy wraz z wodą, zaczęły opadać emocje i spokojnie rozpocząłem czytać źródła, materiały, artykuły i analizować przyczyny powodzi, znalazłem wiele odpowiedzi na nurtujące mnie pytania. Wrocławskie ulewy były tylko mżawką w porównaniu do ogromnych mas wody, które zrzucały nad Karkonoszami i przyległymi terenami fronty niżu genueńskiego, które obrały tak fatalną dla nas w skutkach, wędrówkę trasą VB. Dla wielu ludzi były to nieznane pojęcia. Jaki niż genueński? Co to jest trasa VB?

Wilhelm Jakob Van Bebber (ur. 1841, zm. 1909) – był niemieckim meteorologiem i autorem jednego z pierwszych opracowań dotyczących przebiegu torów niżów nad Europą. Mapy przedstawiające szlaki cyklonów poza-zwrotnikowych, wykreślone przez niego pod koniec XIX w., do dziś przedstawia się w literaturze klimatologicznej. Szlak (trasa) niżów według Van Bebbera, to układ gdzie niże najczęściej wędrują w strefie umiarkowanych szerokości geograficznych.

Początkowo twierdzono, że większość niżów przemieszcza się z zachodu na wschód. Późniejsze obserwacje i prace innych meteorologów i klimatologów, w tym Abercromby’ego, Köppena i Van Bebbera, jednoznacznie dały dowód na twierdzenie, że drogi ich przemieszczania są różne i wiążą się z porami roku. Dyskusje pod koniec XIX wieku doprowadziły do ustalenia pięciu najczęstszych i najważniejszych torów, wzdłuż których przemieszczają się niże w średnich szerokościach geograficznych.

Szlaki:

I – Niże przemieszczające się tą trasą przynoszą często silne wiatry i intensywne opady deszczu. Przeważnie zaciągają PA (powietrze arktyczne) z regionów Arktyki a także przynoszą ciepłe powietrze nad Skandynawie.
Ia – przebiega od okolic Hebrydów na północ od Irlandii, do wybrzeży Norwegii,
Ib – biegnie od Norwegi przez Finlandię aż po centralną Rosję,
Ic – ciągnie się przez północną Norwegię, Finlandię do Morza Barentsa,
Id – kontynuuje przebieg trasy Ia i dociera do Morza Barentsa.
II – rozpoczyna się jego trasa na północ od Szetlandów i podąża do Jeziora Ładoga przez centralną Norwegię i Szwecję wzdłuż równoleżnika 600.
III – przebiega od okolic Szetlandów, wiedzie na południowy-wschód do Cieśniny Skagerrak i środkowej Szwecji; po osiągnięciu Bałtyku skręcają na wschód lub nie zmieniając dotychczasowego kursu przemieszczają się nad Białoruś; przeważnie niże przechodzą tą trasą od września do marca. Cyklony biegnące taką trasą jesienią i zimą przynoszą ocieplenia a także czasami silne wiatry.

IV – rozpoczyna się w okolicach Kanału La Manche i dzieli się na a i b. Przeważnie niż tą trasą przemieszczają się latem i powodują zderzenie się mas powietrza nad Europą centralną a w konsekwencji gwałtowne burze.
IVa – przebiega przez centralną Anglię, morze Północne. Później przemieszcza się przez Norwegię, Szwecję aż do Zatoki Fińskiej,
IVb – ciągnie się przez południową Anglię, wybrzeża Holandii, północne Niemcy i Bałtyk do Zatoki Fińskiej.
V – niże tą trasą mogą przemieszczać się przez cały rok. Głównym zagrożeniem, jakie niosą są intensywne opady deszczu, zimą śniegu a także burze a nawet tornada. Czasami zdarza się, że przynoszą silne wiatry.
Va – zaczyna się niedaleko kanału La Manche do zatoki Genueńskiej. Te niże powodują spływ chłodu do zatoki Genueńskiej,
Vb – ta trasa zaczyna się nad miastem Genua, przebiega przez Chorwację, Węgry, Słowację, Polskę do Jeziora Ładoga. Te niże przynoszą intensywne opady deszczu i także burze. Powodują powodzie. Przykładem tego jest powódź w 1997 roku,
Vc – przebiega od Zatoki Genueńskiej przez Morze Adriatyckie, Chorwację, Serbię, Rumunią do Morza Czarnego,
Vd – rozpoczyna się nad Zatoką Genueńską później przebiega przez północne Włochy i kończy się nad Morzem Śródziemnym.

Niestety coraz częściej zdarza się, że podane wyżej typy występowania określonego kierunku niżów w ogóle się nie potwierdzają. Jest to spowodowane ocieplaniem się klimatu.

Cyklon (niż) przemieszczający się szlakiem VB przynosi intensywne opady deszczu oraz katastrofalne w skutkach powodzie takim państwom jak: Austria, Niemcy, Czechy czy Polska. Trasa niżu jest dość dziwna, ponieważ porusza się na północ, podczas gdy inne fronty niżów np. atlantyckich przemieszczają się na wschód. Niże genueńskie stwarzają bardzo duże zagrożenie, ponieważ są blokowane przez wyże znad wschodniej Europy, przez co zatrzymują się nad danym obszarem przez dłuższy czas (nawet kilka dni). Monotonność opadów z wirujących wokół niżu frontów jest powodem powodzi.

Największą przyczyną powodzi w Polsce jest właśnie owy niż. To on nawiedził terytorium naszego kraju np. w 1997, 2001 czy w maju 2010 roku. Niestety każdy niż tego rodzaju jest potencjalnym zagrożeniem powodziowym w Polsce.

Skoro ogólnie już wiadomo, że główną przyczyną, wywołującą rozległe powodzie w Polsce południowej są niezwykle mocno uwodnione fronty niżów genueńskich, wędrujące szlakiem (torem) VB, przyblokowane i wirujące przez kilka dni w tym samym miejscu, to warto jeszcze przypomnieć, jak potężne sumy opadów potrafią one generować. W ciągu zaledwie kilku dni (4-8 lipca) potrafiło spaść od 380 do 500 mm deszczu. Rekord padł prawdopodobnie w okolicach masywu Śnieżnika, gdzie mogło napadać monstrualne na naszych szerokościach geograficznych, w tak krótkim czasie 600 mm deszczu na metr kwadratowy.

Żeby sobie uzmysłowić, jak ogromna jest to masa wody, wystarczy zrobić proste porównanie i wirtualne doświadczenie. Załóżmy, że mamy powierzchnię ziemi w rozmiarze jednego metra kwadratowego. Wylewamy na nią 5 pełnych wanien, każda o pojemności 100 litrów wody. Ilość wody jest rażąco przytłaczająca w stosunku do powierzchni, która ma ją przyjąć. Teraz wyobraź sobie podobną sytuację w skali makro, gdzie na każdy metr kwadratowy, nasiąkniętej i nie przyjmującej wody ziemi, spada w ciągu 3-4 dni tak olbrzymia ilość deszczówki. Do tego dochodzi szereg innych czynników, np. podwyższony stan wód, brak zbiorników retencyjnych (lub przepełnienie tych istniejących), niesprawność wielu urządzeń hydrotechnicznych i dziesiątki lat zaniedbań w ochronie powodziowej kraju.

Kiedy wielka woda zaczęła zalewać miejscowości oraz wioski w Kotlinie Kłodzkiej i na południu Polski, mieszkańcy miast, np. Nysy, Raciborza, Kędzierzyna-Koźla, Opola, Brzegu, Wrocławia, Głogowa i wielu innych nie mieli pojęcia, że narodził się wodny „potwór”, którego już nic nie powstrzyma. Ludzie mieli różne wyobrażenie na temat fali powodziowej, co świadczy o bardzo małym stopniu edukacji w tym zakresie. Niektórzy wręcz oczekiwali, że przez Odrę lub Nysę, przetoczy się fala podobna do takiej, jaką widać na morzu… Fala powodziowa na rzece to zupełnie inne zjawisko.

Mówiąc zwykłym (nie naukowym) językiem, woda przybiera przez kilka dni, centymetr po centymetrze, aż osiąga swoje maksimum, które po kilku godzinach, stopniowo zaczyna opadać. W między czasie dochodzi do wielu, bardzo niebezpiecznych zjawisk. Woda przerywa wały lub przelewa się przez ich koronę, powodując na terenach przyległych do rzeki rozległe szkody i zalania, niekiedy sięgające kilku metrów. Główny nurt rzeki przypomina raczej rozwścieczony wodospad niż leniwie i spokojnie płynącą rzekę. Tworzące się pod mostami zatory z materiału niesionego przez wodę, powodują spiętrzenie fali lub ich zniszczenie.

Pierwszym, bardzo poważnym sygnałem, że masy wody, które runęły z gór są niezwykłe, była powódź w Kłodzku. Poziom wody przekraczał wszelkie, notowane dotąd pomiary. Taka sytuacja miała miejsce nie tylko na Nysie Kłodzkiej, ale także na innych, mniejszych rzekach i dopływach. Niepozorne strumyki i rowy, przybrały rozmiary pokaźnych rzek, zmiatając po drodze wszystko. Siłę wody można sobie wyobrazić na przykładzie amfibii wojskowej, ważącej 35 ton, którą woda z Nysy Kłodzkiej porwała jak piłkę tenisową…

Zniszczeń, jakich dokonała rozszalała Nysa Kłodzka w Kłodzku, Bardzie, Ząbkowicach Śląskich i innych miejscowościach, skłaniała tylko do jednego porównania – jak po wojnie. O ile w Kotlinie Kłodzkiej i Sudetach, woda spłynęła gwałtownie i z ogromnym impetem, o tyle na terenach nizinnych wydawała się mniej groźna, rozlewając się szeroko w korytach rzek na okoliczna pola i łąki, „leniwie” płynąć w dół i podnosząc się coraz bardziej powyżej stanów alarmowych.

Tak było m.in. w Raciborzu. Mieszkańcy wierzyli – pomimo alarmujących informacji, że nadodrzańskie wały i kanał ulga przepchną żywioł, a miasto się obroni. W Raciborzu mieszkał w tamtym czasie mój znajomy, który w pocie czoła pracował przy umacnianiu wałów przeciwpowodziowych Odry. Kiedy woda zbliżyła się do krawędzi wałów, otrzymał wraz z wieloma innymi mieszkańcami, zasuwającymi z workami, komunikat o natychmiastowym porzuceniu pracy i ucieczce. Jak sam mi wtedy opowiadał, komunikat ten, chociaż niecenzuralny, był dosadny: „Pier…….. wszystko i spier……. do mieszkań! Najlepiej od razu na strych!”

Okazało się, że w Miedoni, znajdującej się przed Raciborzem i stanowiącej punkt pomiarowy (wodowskaz) dla miasta, skończyła się podziałka na 10 metrze, a woda nadal się podnosi. Było oczywistym, że Racibórz się nie obroni. W ciągu kilkunastu minut, Odra pokazała Raciborzanom, że ta powódź jest inna niż wszystko to, co do tej pory notowano w historii tych zjawisk. Masy wody runęły na miasto. Woda robiła co chciała. Przerywała wały lub przelewała się przez nie z niezwykłą łatwością. W ciągu kilku godzin miasto zostało odcięte od świata. Zalanie sięgnęło miejscami prawie 4. metrów.

Po 8 lipca i zniszczeniu przez wielką wodę, min. Kłodzka, Raciborza, Nysy i wielu innych mniejszych miasteczek i wsi, fronty niżu genueńskiego kończyły wylewać swoją zawartość. W Opolu i we Wrocławiu niebo przejaśniło się i zrobiła się ładna, letnia pogoda. Tymczasem bardzo dobrze już ukształtowana i potężna fala powodziowa z wód Nysy Kłodzkiej, Odry i ich dopływów płynęła na północ. Zalanie w dniach 8/9 lipca przez Odrę – Kędzierzyna-Koźla, coraz bardziej uświadamiało ludziom fakt, że Odra nie odpuści i upomni się o swoje systematycznie zabudowywane i zabierane tereny także w Opolu i we Wrocławiu.

Wiele osób nie zdawało sobie sprawy, że fakt opadania wody w Kotlinie Kłodzkiej, Raciborzu i innych miejscach południowej Polski, nie oznacza, że zagrożenie minęło. To było jakby „uśpienie” czujności dla miast, które dopiero miały przyjąć wielką wodę. Powódź zbliżała się do Opola, które miało być – wedle niektórych przekazów – pierwszym miastem, które stawi czoła odrzańskiemu potopowi. Miejscowości wzdłuż Odry przed Opolem przypominały wyspy otoczone wielkimi rozlewiskami. Z Krapkowic docierały zatrważające informacje, a Opolanie, patrząc 9 lipca wieczorem na brunatno-szarą i systematycznie wzrastającą Odrę, nie dowierzali jeszcze, że za kilka godzin Odra zaleje połowę miasta.

We Wrocławiu, 9 lipca nic nie wskazywało, że niedługo, Odra może zagrozić miastu. Skoro Opole się trzyma, to Wrocław – mając lepsze zabezpieczenie przeciwpowodziowe może spać spokojnie. Jednak informacje dochodzące z miast, przez które przetoczyła się już wielka woda, wydawały się sprzeczne z tym, co widać było w korycie rzeki. Owszem – poziom wody był wysoki, ale Odra trzyma się koryta, a w Raciborzu woda już opada. To chyba tam się woda „wyszalała” i u nas nie będzie tej powodzi. W dolnośląskiej telewizji TeDe, ówczesny prezydent Wrocławia – Bogdan Zdrojewski, wezwał mieszkańców miasta do robienia zapasów wody, chleba, latarek, baterii.

Skorzystał na tym handel, opróżniając swoje magazyny z zalegającego towaru. Pomimo robienia zapasów i pierwszych przygotowań do powodzi, Wrocławianie nie wierzyli, że sytuacja może być tak groźna. No i Opole się trzymało. A wiadomo, że jak w Opolu jest ok. to i u nas będzie ok. Prezydent wyraźnie wtedy powiedział, że mamy do czynienia z wodą, jakiej Wrocław jeszcze nie przyjmował i żeby nie lekceważyć zagrożenia. Oczywiście część ludzi zlekceważyło, bo jak „nie zobaczą to nie uwierzą”…

10 lipca nad ranem, Odra w Opolu ostatecznie pokazała ludziom, że nie ma sentymentów i z ogromną mocą swoich powodziowych wód, runęła na miasto. Zaczęła przerywać wały, topiąc wyspy – Pasiekę i Bolko oraz z impetem zdobywając lewobrzeżną część miasta. Podobnie – jak w Raciborzu, poziom wody w niektórych miejscach przekraczał grubo ponad 3 metry. Połowa miasta wyglądała jak Wenecja. Odra osiągnęła poziom 777 cm (przy stanie alarmowym 400 cm).

„Jak można było dać zniszczyć Odrze takie piękne miasto” – grzmiały tytuły artykułów o Opolu. Zaczęto wieszać „psy” na władzy, na osobach odpowiedzialnych za stan wałów i zabezpieczenia przeciwpowodziowe. Negatywne emocje kotłowały się jak tropikalna burza nad równikiem. Informacje o powodzi w kraju były numerem jeden we wszystkich środkach masowego przekazu. Bez względu na to, kto i co myślał i powiedział, wiadomo było jedno. Opole, po Kłodzku, Nysie, Raciborzu, Kędzierzynie-Koźlu i innych nadodrzańskich osad poległo, a Odra nie odpuści i z milionami metrów sześciennych wody pokusi się o powodziowy rozbój w stolicy Dolnego Śląska…

O tym napiszę w części drugiej, kiedy to Wrocławianie masowo ruszyli do obrony miasta przed wodą, a ja przegrałem z rzeką 2:4 i pobiłem swój życiowy rekord w braku snu.

Źródło: http://forum.lowcyburz.pl/viewtopic.php?p=59846#p45365 , https://pl.wikipedia.org/wiki/Wilhelm_Jakob_Van_Bebber + materiały i notatki własne.

Zdjęcia, które załączyłem do pierwszej części mojego powodziowego felietonu, pochodzą wyłącznie z albumów, książek i materiałów poświęconych powodzi, których tytuły widnieją na niektórych zdjęciach.

Podziel się na:
  • Facebook
  • Google Bookmarks
  • Twitter
  • Blip
  • Blogger.com
  • Drukuj
  • email

Komentuj na FB

Dodaj komentarz