facebooktwitteryoutube
Aktualności - 18 Lip, 2017
- 6 komentarzy
Pamięć o wielkiej wodzie w 1997 roku – część 2.

Opole, 10 lipca 1997 roku. Stało się. Wielka woda zaatakowała miasto nad ranem i z olbrzymim impetem wdarła się do jego dzielnic. Jak opowiadali mieszkańcy osiedla Koszyka, w ciągu kilku minut, woda pokryła całą powierzchnię i teren osiedla, bardzo szybko podnosząc się do góry. Zaodrze znalazło się w Odrze. Panika, strach, ale i wielka ciekawość, co będzie dalej. Takie emocje targały mieszkańcami Opola. Niektórzy z terenów, gdzie nie dotarła powódź, przychodzili na przejażdżki pontonem i z chęci zrobienia zdjęć z powodzi.

Najbardziej niesamowite było to, że pomimo ogromnego rozlewiska, jakie utworzyła rzeka, poziom wody ciągle rósł. Do zakrycie prześwitów pod opolskimi mostami pozostawało dosłownie kilka centymetrów. Tymczasem niektóre środki masowego przekazu zaczęły informować, że do Opola wielka woda dotrze 11 lipca. To była błędna informacja. Powódź z największymi masami wody i maksymalnym poziomem 777 cm, przetoczyły się przez Opole w dniu 10 lipca.

W godzinach wczesno-wieczornych, po osiągnięciu przez Odrę maksymalnego przepływu powodziowego i maksymalnego poziomu wody na wodowskazie, Odra ustabilizowała się. To oznacza, że przez kilka godzin woda już nie przybierała, ani też nie opadała. Tak właśnie wyglądał przepływ przez miasto szczytu fali kulminacyjnej i w najbliższym czasie należało oczekiwać bardzo powolnego obniżania się poziomu rozszalałej rzeki. Pozostawało tylko pytanie tylko, kiedy to miało nastąpić?

Patrząc na Opole z dachów domów lub ze śmigłowców, ludzie nie mogli uwierzyć, że powódź dotknęła ich miasto i to w tak wielkim rozmiarze. Codziennie można było usłyszeć o powodziach, np. w Indiach, Australii lub Bangladeszu. Ale jakoś nie dopuszczano myśli, że podobny żywioł może przetoczyć się u nas. Tym bardziej, że często zapewniano nas o praktycznie zerowym prawdopodobieństwie wystąpienia rozległej powodzi, obejmującej takie miasta jak Racibórz, Opole czy Wrocław.

Rozległa powódź w Opolu i gminach – położonych zarówno przed, jak i za Opolem – była już ostatnim sygnałem, że wielka woda na razie nokautuje ludzi i prowadzi do zera, stopniowo zalewając wszystkie miejscowości wzdłuż rzeki, nie dając ludziom żadnych szans na obronę chociaż jednego miasta. Kiedy wieczorem, 10 lipca 1997 roku, Wrocławianie oglądali wiadomości, nie mogli wprost uwierzyć, że 80 kilometrów w górę rzeki, Odra wpadła w „szał” i „połknęła” swoimi wodami połowę miasta Opole.

Pamiętam w tym czasie wielkie poruszenie nad Odrą we Wrocławiu. Mieszkańcy licznie przychodzili nad wały i mosty, patrząc, jak kształtuje się poziom wody. Odra na razie płynęła w korycie, chociaż wyraźnie było widać po szybkim nurcie i mętnej, brunatnej wodzie, że wody jest dużo. Opuszczono jazy, otwarto śluzy, a i tak wody było tyle, jak ma to miejsce podczas zamkniętych urządzeń. Nie było jednak żadnych podstaw – oczywiście na podstawie widocznych oględzin – że Odra może zagrozić miastu. Rzeka wezbrała, ale siedzi w korycie. Czyli jest dobrze.

Za to w Opolu dramat narastał. Woda wdarła się m.in. do opolskiego ZOO topiąc nawet te zwierzęta, którym woda nie jest straszna, np. hipopotamy. Odra spowodowała ogromne zniszczenia infrastruktury, a wielu ludziom zabrała cały dorobek życia, zalewając ich mieszkania i domy po sufit. Coraz bardziej obawiano się wybuchu epidemii. W dniu 11 lipca, Odra w Opolu – chociaż nadal przypominająca jedno, ogromne jezioro, systematycznie opadała. Pomimo to, lwia część terenów, które zalała rzeka, nadal było odciętych od świata.

Na wielką wodę przygotowywały się Brzeg i Oława. Aby chronić Wrocław i obniżyć poziom wody, rozważano operację wysadzenia wałów przed Wrocławiem, m.in. w Łanach i Kamieńcu Wrocławskim. Całodobowe dyżury na wałach mieszkańców tych miejscowości, uniemożliwiły przeprowadzenie tego zabiegu. Wielu Wrocławian miało do nich żal i złościło się, argumentując, że miasto jest znacznie cenniejsze niż kilka wsi. Sęk w tym, że punkt widzenia zależy od punktu siedzenia. Wrocławianin wolał zalanie wiosek, ale gdyby był ich mieszkańcem, z pewnością walczyłby o wały jak lew. Władza ponoć zapewniała mieszkańców wsi, że wszystko im odbuduje.

Niestety, władza chyba zapomniała, jak często kłamała i miała mieszkańców w różnych sytuacjach gdzieś, zatem nie można było się dziwić, że traktowano te zapowiedzi jako propagandę i kłamstwo, chociaż intencje rządzących – być może – były dobre. Wioski za Opolem topiły się jedna po drugiej. Między Jelczem a Wrocławiem Odra bardzo szeroko rozlała się, podtapiając lub zatapiając rozległe tereny. Wielka woda „szukała” taktyki, jak przechytrzyć Wrocławian i wpłynąć sobie do centrum miasta.

Warto jeszcze przyjrzeć się zbiornikowi w Nysie, który wypuszczał 1500 m3 wody na sekundę, gdzie maksymalny przepływ powodziowy, powodujący zalania, ale jeszcze bez rozległych szkód dla miejscowości położonych poniżej zbiornika, wynosi 450 m3 na sekundę. Nie było jednak innej możliwości ponieważ podczas fali kulminacyjnej, do zbiornika w każdej sekundzie wpływało 2650 m3. Upust mniejszej ilości wody groził przerwaniem zbiornika lub przelaniem się wody górą.

11 lipca 1997 roku Odra we Wrocławiu wystąpiła z koryta. Przed południem poszedłem zobaczyć co się dzieje w starym korycie Odry pomiędzy jazem Psie-Pole a Mostem Warszawskim. Odra wylała na łąki między wałami, a jej poziom systematycznie rósł, około 10cm na godzinę. Jednak nie wyglądało to jakoś szczególnie groźnie ponieważ zapas przestrzeni między wałami był naprawdę bardzo duży. Woda podnosiła się już przez cały dzień. Nie było widać jakiegoś większego niepokoju wśród przyglądających się mieszkańców. Coraz częściej powtarzano mit niezatapialności „Wrocławskiego Titanica”.

Chodziło o to, że we Wrocławiu przez wiele lat utarł się mit o niezawodnej ochronie przeciwpowodziowej miasta, zbudowanej przez Niemców po powodzi z 1903 roku. Mawiano, że Wrocław na pewno się obroni, gorzej może być z miastami położonym za Wrocławiem. Wieczorem 11 lipca poszedłem jeszcze raz sprawdzić poziom wody w Odrze. Od rana przybyło jej grubo ponad metr, a tempo podnoszenia się poziomu lustra nie zwalniało i nadal wynosiło na oko około 10cm na godzinę. Niektóre media zapewniały, że Wrocław jest suchy, bezpieczny i obroni się przed wielką wodą. Czyli mit „Titanica” trwał nadal…

12 lipca 1997 roku z rana wstałem bardzo wcześnie bo około godziny 4:30. Rzut okiem na chodnik. Sucho. Rzeka nie płynie. Ok. Pękałem z ciekawości, jak wygląda Odra po nocy, ile przybyło wody i czy jeszcze się podnosi. Około godziny 5:40 wychodziłem z mieszkania i spotkałem na parterze sąsiada Jurka, który pracował w jakiś zakładach na ul. Krakowskiej. Mieszkałem blisko Odry. Moją dzielnicę do rzeki dzielił szeroki pas ogródków działkowych. Dojście na wały zajmowało jakieś 15 minut. Szybkim krokiem wyszedłem na ulicę i ruszyłem w kierunku działek.

Po kwadransie znalazłem się na wałach i po raz pierwszy w życiu zobaczyłem tak mocno wezbraną Odrę. Na wałach było już sporo ludzi, którzy przyglądali się coraz bardziej niebezpiecznie wyglądającej rzece. Ludzie wymieniali się wszelkimi informacjami powodziowymi, które słyszeli w mediach. Odra zdobyła już około 3/4 wysokości wałów i nadal się podnosiła. Wewnątrz czułem, że ten dzień nie będzie spokojny. Tylko nie zdawałam sobie sprawy, jak bardzo…

Po około dwóch godzinach, wróciłem do domu. Opowiedziałem rodzicom, babci i siostrze o tym, co widziałem i szybko podjęliśmy decyzję o ewakuacji piwnicy. Mieszkaliśmy na wysokim, drugim piętrze, zatem nie czuliśmy się mocno zagrożeni. Uwinąłem się z ojcem w około półtorej godziny. W piwnicy pozostały tylko jakieś rupiecie, które – w razie zalania – od razu wyrzucilibyśmy na  śmietnik. Około południa byłem na dole klatki schodowej, gdzie kilku sąsiadów debatowało nad planem ewakuacji w razie przerwania przez Odrę wałów. Słuchaliśmy też radia, z którego serwowano nam coraz gorsze informacje.

Ku naszemu zaskoczeniu, z pracy wrócił sąsiad z parteru Jurek. Jedna z sąsiadek zapytała: „Dlaczego tak szybko wróciłeś z pracy Panie Jurku”? Szybko odpowiedział – „W Siechnicach wały wywaliło, woda już wpływa na ul. Opolską i Krakowską. Trójkąt Bermudzki (czyli m.in. ulice Traugutta, Krakowska i Kościuszki) i centrum miasta popłyną”. Wtedy postanowiłem wziąć rower i szybko udać się w pobliże Ostrowa Tumskiego i Młynu Maria, aby zobaczyć, jak tam wygląda zagrożenie.

Kiedy zobaczyłem, jak woda już prawie ociera się o koniec murów, trzymających ją w korycie i dziesiątki ludzi sypiących worki z piaskiem, postanowiłem do nich dołączyć. Przez ponad 3 godziny, non stop, praktycznie bez wytchnienia, pomagałem ratować zabytki na Ostrowie Tumskim przed napierającą Odrą. Dopadło mnie lekkie zmęczenie. Postanowiłem pojechać na Nadodrze, aby zobaczyć, co tam się dzieje. Woda wybijała ze studzienek kanalizacyjnych. Bardzo dużo zgromadziło się jej pod wiaduktami, przy ul. Reymonta i ul. Trzebnickiej.

Następnie pojechałem na most przy ul. Pomorskiej. Tam Odra – z uwagi na zwężenia – płynęła w takim amoku, że jej szum przypominał sztorm nad morzem i to co najmniej 10 w skali Beauforta. Wzdłuż ulicy Grodzkiej budowano wały z worków z piaskiem, aby chronić Uniwersytet i uniemożliwić rzece atak na wrocławski rynek. Ponad godzinę pomagałem w tych zabezpieczeniach. Dochodziła godzina 17. We Wrocławiu było coraz bardziej nerwowo. Odra wpadła w taki sam „szał” jak wcześniej w Opolu, Kędzierzynie-Koźlu czy Raciborzu.

Przed godziną 17:30 pierwsze, szerokie jęzory wody zaczęły zalewać ulicę Traugutta i Pogotowie Ratunkowe. Na bocznych ulicach nerwowo budowano barykady z worków, wypełnionych piachem. Ponad 2 godziny pomagałem przy budowie jednej z nich. Dokładnie – przy ul. Pułaskiego. Mniej więcej po godzinie 18, coraz bardziej rozlewająca się woda w centrum Wrocławia, trafiła na fosę miejską, w dwie godziny wypełniając ją i rozlewając się nadal po samym centrum Wrocławia. W wielu dzielnicach trwała mobilizacja i walka mieszkańców z rozjuszoną wodą.

Wody przybywało w niezwykłym tempie. Udałem się na ulicę Kołłątaja, gdzie także pomagałem układać worki z piaskiem. Nie pamiętam jak długo. Wiem, że byłem już zmęczony, ale postanowiłem pomagać nadal. 20 lat temu nie było jeszcze komórkowego BOOM i można było zadzwonić z budki telefonicznej (pamięta o nich ktoś jeszcze?). Zadzwoniłem do domu (budka jeszcze działała), powiedzieć rodzicom, żeby się nie martwili, że ze mną wszystko ok., tylko na noc raczej nie przyjdę, bo trzeba miasto ratować, no chyba, że u nas Odra wleje się na dzielnicę to szybko wrócę. Rodzice nie chcieli słyszeć o moim pozostaniu, ale ja byłem uparty i nie wróciłem do domu. W końcu miałem 18 lat. Kozak, nie ma co. ;))

Udałem się ponownie na Nadodrze. Było już ciemno. Ludzie posługiwali się latarkami i wszelkim sztucznym oświetleniem ponieważ systematycznie wyłączano w mieście prąd. Pomogłem m.in. Marianowi z naszej grzybowej paczki, wynieść trzy 50-litrowe butle wina na górę. Po tej operacji, z uśmiechem na twarzy stwierdził: „Resztę może zalać”. ;)) Pracowałem na workach przy ul. Trzebnickiej. Woda pokonywała coraz więcej zabezpieczeń i penetrowała miasto z każdej strony. Cholernie kiepsko to wyglądało. Czułem większe zmęczenie, ale nie odpuściłem. Postanowiłem układać worki tak długo, jak będzie potrzeba.

Noc z 12 na 13 lipca 1997 roku we Wrocławiu była jedną wielką walką mieszkańców z powodzią. Podczas jej trwania, większość czasu pomagałem przy układaniu worków. Wczesnym świtem, ulica Piłsudskiego – jedna z centralnych ulic miasta, zamieniła się w wartką rzekę. Na Trójkącie Bermudzkim połączone wody Odry i Oławy zalały dzielnicę średnio na wysokość 1,5 – 2 metry. Linia obrony przed wodą przebiegała m.in. wzdłuż nasypu kolejowego. Woda nie pokonała tych zabezpieczeń i nie wdarła się na drugą stronę, penetrując Stare Miasto, Szczepin i boczne osiedla. Dotarła na Plac Legionów, gdzie wcześniej wylała już z fosy. Na punkcie pomiarowym dla Wrocławia w Trestnie, Odra osiągnęła poziom 724 cm (stan alarmowy wynosi 430 cm), co dawało przepływ około 3500-3600 m3 wody na sekundę. Wrocław, aby nie ucierpieć podczas wezbrania był przygotowany maksymalnie na 2100 m3 na sekundę.

Woda wdarła się do wielu innych dzielnic miasta, ale wciąż bohatersko i nadludzkim wysiłkiem bronił się Biskupin i Karłowice. Za to na Zaciszu i Zalesiu, woda przerwała wały i z impetem zalała osiedla i domy. Dotarła do Parku Szczytnickiego, zalewając dopiero co wyremontowany i odnowiony Ogród Japoński. Trwała heroiczna walka o uratowanie wrocławskiego ZOO. Także brałem w tym udział. Było tam naprawdę niebezpieczne. Zwierzęta wyczuwały niebezpieczeństwo i wyraźnie były poddenerwowane. Około godziny 10. przyszedłem do domu, opowiedziałem, jak wygląda sytuacja i powiedziałem, że po obiedzie idę na wały, chociaż zmęczenie już dawało się we znaki. Minęła ponad doba bez snu, przy wielogodzinnym zasuwaniu na workach.

Niedzielę, 13 lipca spędziłem w większości przy pracach na workach w różnych częściach miasta. W miarę możliwości, obejrzałem też zalane dzielnice. To amfibia podwiozła, to jakiś desperat w ciężarówce lub Straż Pożarna. Dramat rozgrywał się na Kozanowie, Pilczycach, Popowicach, Praczach Odrzańskich i w wielu innych miejscach. Opowiadano też bzdury i plotki powodziowe. Absurdem było stwierdzenie, że na Kozanowie jest aż 9 metrów wody (więcej niż maksymalny stan na wodowskazie)… Przecież Kozanów nie jest położony poniżej dna rzeki, chociaż jest nisko, bo kiedyś był to teren zalewowy, ale człowiek wiedział „lepiej”, jak zagospodarować ten teren i wybudował brzydkie i liczne blokowiska.

W takich dramatach, pojawiają się też najgorsze instynkty ludzkie. Szabrownicy okradali sklepy, a pseudo-handlarze sprzedawali chleb po 5 zł za bochenek. Pomimo powodziowego chaosu i bałaganu, niektórym dopisywał humor i opowiadali kawały powodziowe, np. o babie u lekarza, która skarży się, że ma Odrę w domu lub o Teatrze, który wystawia obecnie tylko jedną sztukę i jest nią „Skrzypek na dachu”. ;)) Niektórzy witali się, mówiąc: „Jak leci”? Drudzy odpowiadali: „Ok. Nie przelewa się”. 13 lipca był dla mnie bardzo męczącym i wyczerpującym dniem. Po nieprzespanej nocy i pracy na workach, czułem duże zmęczenie. Odra pokazała wszystkim, że wrocławski mit Titanica o jego niezatapialności ostatecznie legł w gruzach, a właściwie w wodzie.

Wieczorem, alarm powodziowy miał miejsce na mojej dzielnicy. Wskutek zalania Nadodrza i wypełnienia przez wodę kanału ulgi, który nie miał wałów i był chroniony dwiema śluzami – pierwszą, przy jazie Psie-Pole, drugą – przy moście Osobowickim, woda zaczęła wylewać na ogródki działkowe. Rozpoczęła się gorączkowa akcja zabezpieczania dzielnicy workami z piachem. Trwała praktycznie do rana, w której oczywiście brałem udział i już coraz bardziej czułem się jak w jakimś transie z powodu zmęczenia. Rankiem, 14 lipca minęły dwie doby, jak nie spałem. Pomimo to nie zrezygnowałem z dalszej aktywności obronnej miasta.

Wydawało się, że woda znalazła sobie bardzo dużo miejsca na ogródkach i chyba nie dotrze do naszych kamienic. Rzeczywiście tak było. Działki – dosyć rozległe i położone w obniżeniach, przyjęły olbrzymie masy wody. Niektóre altany zalało po sam dach. Mimo to, woda nie przedarła się na osiedla, np. przy ul. Jaracza, Damrota, Daszyńskiego lub Prusa. Około południa spotkałem na dzielnicy paczkę znajomych, którzy oświadczyli mi, że idą pomagać Caritasowi w akcji rozwożenia wody, chleba i innych produktów na zalane Kowale, dokładnie do domków w pobliżu szkoły Żeglugi Śródlądowej na ul. Brücknera.

Nie trzeba było mnie przekonywać, żeby do nich dołączyć. Spędziliśmy tam ponad 10 godzin, pamiętam tylko, że do domu wróciłem około 21. Na początku akcji, z ul. Kochanowskiego, przy moście Szczytnickim, zabrała nas wyładowana wszelkimi produktami wielka ciężarówka Caritasu, która zawiozła nas na mosty nadodrzańskie w pobliżu szkoły. Były to jedyne suche miejsca wokół. Przy szkole żeglugi, Odra sięgała około 2 metrów i płynęła bardzo szybko. Tam, pontonami dostarczaliśmy zalanym mieszkańcom najpotrzebniejszych rzeczy i produktów. Niestety, pracownicy Caritasu na naszych oczach, nie wyładowali wszystkiego na mostach, tylko część rzeczy zabrali z powrotem, twierdząc, że im się też coś należy. Były tam środki higieniczne, ręczniki, woda mineralna, jakieś ubrania itp. Zatem pracownicy okazali się też złodziejami. Niestety. Mieli po nas przyjechać za kilka godzin. Nie przyjechali.

Zrobiło to wojsko. Do domu wróciłem tak zmęczony, że miałem już pierwsze zwidy i halucynacje. Wspomnę jeszcze o kawie, jaką poczęstowała nas na mostach pewna Pani. Przyniosła ją w termosie. Była to jak do tej pory najmocniejsza kawa, jaką w życiu wypiłem. Myślałem, że tylko ja po niej mam walenie serca, gorąc na twarzy i kopa do działania. Pozostała część naszej paczki miała identyczne objawy. Co tam w środku u licha było??? W domu opowiadałem o całej akcji. Mama powiedziała, że ma już serdecznie dosyć powodzi i moich wielogodzinnych nieobecności w domu. Ze zmęczenia miałem fioletowe oczy, jakbym od kogoś dostał. Obiecałem, że już nigdzie nie pójdę. ;)) Ostatecznie, poszedłem spać o godzinie 2:30 15 lipca, tym samym bijąc życiowy rekord w braku snu przez 70 godzin. Nie planuję go powtórzyć lub pobić. ;))

Wieczorem, 14 lipca w poniedziałek, woda w Odrze systematycznie obniżała się. Wielka powódź przeszła przez Wrocław, kompletnie zaskakując ludzi, którzy jeszcze w piątek, 11 lipca nie wierzyli, że Wrocław może zostać zalany. Dramat powodzi przeczołgał się jeszcze przez wiele miasteczek i wsi. Dzisiaj, 20 lat po wielkiej wodzie, życie w nadodrzańskich miastach toczy się swoim torem. Rzeki płyną leniwie i przyglądają się mieszkańcom, czy wyciągnęli wnioski z wielkiej wody. Chociaż wykonano wiele prac modernizacyjnych (wiele też nie wykonano lub są w planach), wydaje się, że rzeka, ponownie, coraz bardziej jest lekceważona. Wszelkie plany regulacji i zabudowy rzek i ich naturalnych terenów nie przemawiają do mnie. Kiedyś przyjdzie wirujący niż z południa trasą VB i zrzuci wielkie masy wody. Wtedy rzeki ponownie sprawdzą, czy człowiek wyciągnął naukę i wnioski z historii…  

Tak w wielkim (chociaż długim) skrócie wyglądała powódź we Wrocławiu w 1997 roku z perspektywy 18-letniego Pawła Lenarta. Z najważniejszych miejsc, które broniłem przed wezbraną rzeką, 2 uratowały się, a 4 kompletnie zalało. Rzeka wygrała. Moje wspomnienia dedykuję wszystkim, którzy w tych dniach ratowali miasto i pomagali sobie nawzajem.

Zdjęcia, które załączyłem do pierwszej i drugiej części mojego powodziowego felietonu, pochodzą wyłącznie z albumów, książek i materiałów poświęconych powodzi, których tytuły widnieją na niektórych zdjęciach w pierwszej części. W drugiej części znalazło się też kilka zdjęć, które nabyłem po powodzi w zakładzie fotograficznym przy ul. Chrobrego we Wrocławiu.

Podziel się na:
  • Facebook
  • Google Bookmarks
  • Twitter
  • Blip
  • Blogger.com
  • Drukuj
  • email

Komentuj na FB

Dodaj komentarz

  • krzysiek z lasu //19 Lip 2017

    Paweł, sprawiłeś, że wszystkie moje wspomnienia z tego czasu wróciły… Od humorystycznych, na początku, gdy śmialiśmy się że jesteśmy prawdziwą „drugą Wenecją” i robiliśmy imprezy na dachu, po wiele trudnych następnych dni, gdy nie robiliśmy już imprez na dachach a odbieraliśmy tam prowiant ze śmigłowców lub brnęliśmy przez tą brudną, zanieczyszczoną mazutem wypływającym z pobliskiej elektrociepłowni breją po chleb i wodę, aż po tragedię, gdy utopił się mój przyjaciel pozostawiając żonę i dwoje dzieci…

    • Paweł Lenart //21 Lip 2017

      Przed napisaniem powodziowych wspomnień, dużo rozmawiałem o tamtych dniach ze znajomymi i rodziną. To było niezwykłe i zatrważające doświadczenie. Oby nigdy więcej.
      Pozdrawiam. ;))

  • wojek //21 Lip 2017

    Cześć Paweł:)
    Wybacz to jakieś przydługie milczenie, może i nic nie pisałem ale śledzę Twój blog na bieżąco.
    Wielka woda… Pamiętam i ja to tragiczne zdarzenie. W czwartek około 23 pojechaliśmy z Gienią (wtedy jeszcze narzeczoną) do Trestna. Odra miał już bardzo wysoki poziom i powiem Ci, że widziałem w życiu wiele wezbranych rzek (choćby na wschodzie przy wiosennych roztopach) to czegoś takiego jeszcze nigdy. Z drugiej strony Odry jeździła Policja, słyszeliśmy doskonale komunikaty z wezwaniem do ewakuacji. Wróciliśmy do domu z przysłowiową duszą na ramieniu. W piątek poszedłem normalnie do pracy ale kto tam myślał o robocie. Wszyscy z niepokojem śledziliśmy komunikaty o sytuacji powodziowej. Aż stało się. Woda wdarła się do miasta od strony Przedmieścia Oławskiego, znanego również pod nazwą lokalną Trójkąta Bermudzkiego. Byłem w domu z mamą. Ojca jako Kierownika Rejonu Energetycznego wezwano do pracy. Oczywiście długo nie wytrzymałem. Ruszyliśmy wraz z Narzeczoną do walki z żywiołem. Na początek ul. Małachowskiego – udało się nam zatrzymać wodę na workach z piaskiem i nie puścić jej do Dworca Głównego. Ile tam ton piachu trzeba było przerzucić? Kto to policzy? Około północy wróciliśmy na Krzyki. Koło nas była budowa i ogromna góra piachu. Ładowaliśmy ten piach w worki i na podjeżdżające samochody. Dochodziły do nas komunikaty, Kozanów pod wodą, Pl. Legionów pływa. Woda na Nadodrzu, na Kleczkowie, Brała nas jakaś złość wręcz amok. Chodziło hasło chłopaki zdechniemy ale nie damy się. W nagrodę otrzymywaliśmy i bardzo optymistyczne wiadomości. Ogród Zoologiczny uratowany, Ostrów Tumski z jego bezcennymi zabytkami trzyma się. Wszystko to mobilizowało do dalszej walki. Tak zastał nas świt. Pamiętam, że jakiś taksówkarz przywiózł nam hamburgery i mineralną. Jakże nam smakowały:) Gdzieś około ósmej, dziewiątej poszliśmy się troszkę przespać. Ale tam zapomnij. Usłyszeliśmy komunikat, że musimy stawić się w Zakładzie. Wiadomo Energetyka. Szybka narada, i decyzja o przenoszeniu dokumentów z piwnic na piętra. Na szczęście okazało się to niepotrzebne. Spotkałem kolegów wracających z już całkowicie zalanej ul. Trzebnickiej. Wyglądali dosłownie jak po bitwie. Niestety wróg okazał się silniejszy…. Tam nasza siedziba została zalana całkowicie. Minęła niepostrzeżenie niedziela. Od poniedziałku trzeba było podjąć walkę o jak najszybsze przywrócenie zasilania w mieście. Ale to temat na osobną opowieść. Dość powiedzieć, że brygady naszego Pogotowia miały wypracowane w lipcu po 250-300 godzin. Praktycznie nie wracali do domów. Dodajmy do tego brak wody. Każdy litr trzeba było przynieść na plecach. A jeszcze nawaliła winda….. Siódme piętro cóż była gimnastyka dla zdrowotności. Wróciła do łask stara pralka „Frania” sąsiadki poniewierająca się w piwnicy. Wiele można by jeszcze napisać. Żadne słowo nie odda jednak tego co przeżyliśmy. To trzeba było widzieć na własne oczy.
    Serdecznie pozdrawiam:)

    • Paweł Lenart //23 Lip 2017

      Wojtku, ja do dzisiaj mam przed oczami tonący Wrocław, chociaż minęło już tyle czasu. Tego nie da się zapomnieć i opowiedzieć. Dziękuję Ci za podzielenie się swoją powodziową historią. Wrocławia broniło tysiące ludzi, ale każdy mieszkaniec na swój sposób przeżył tamte dni i każdego historia jest odrębna. Oby nigdy więcej.
      Pozdrawiam. ;))

  • wojek //24 Lip 2017

    Witaj Paweł:)
    Minęło od tamtych dni długie 20 lat ale czasami widzę zalane nasze miasto. Naszą chwilami heroiczną walkę z żywiołem i późniejsze usuwanie skutków kataklizmu. Każdy z nas dołożył swoją przysłowiową cegiełkę do ratowania miasta. Czy później jak trzeba było przywracać normalne funkcjonowanie. Niestety Przyjacielu to był żywioł a wobec takiego jesteśmy bezbronni, ale przynajmniej udało nam się złagodzić jego skutki.
    Serdecznie pozdrawiam:)

    • Paweł Lenart //25 Lip 2017

      Wojtku, zgadzam się z Tobą. Gigantycznym wysiłkiem, udało się ocalić kilka wartościowych miejsc i dzielnic. Ale Odra pokazała na co ją stać.
      Pozdrawiam i cieszę się z obecnych opadów, które Odry nie wypędzą z koryta, a które mogą wypędzić co nieco ze ściółki leśnej. 😉 😉