facebooktwitteryoutube
Aktualności - 28 Sie, 2017
- brak komentarzy
Pożegnanie lata w lesie. Pomiędzy grzybową teorią a praktyką.

Sobota, 26 sierpnia 2017 roku. Moja ostatnia wycieczka na Wzgórza Twardogórskie podczas kończącego się, meteorologicznego lata. Wielka konfrontacja między teorią o snuciu wizji sierpniowego wysypu grzybów a twardą praktyką. Deszcze, które przeszły przed połową miesiąca, wlały sporą nadzieję, że pod koniec sierpnia, w lasach, zawiąże się coś na kształt, letniego jeszcze pojawu grzybów. Tym razem postanowiłem zacząć wycieczkę od Twardogóry Sycowskiej.

W przeszłości tak już bywało, że deszcze z połowy sierpnia, powodowały większy pojaw grzybów pod koniec miesiąca lub na początku września. Mając to zakodowane w głowie, wyruszyłem czym prędzej ze stacji do lasu. W Twardogórze do grzybowisk jest stosunkowo daleko. Można iść wzdłuż torów (nie polecam bo bardzo niewygodnie) lub okrężną drogą dreptać w lewo, ocierając się o miasto Twardogórę albo np. odbić w prawo przez Chełstówek. Ja wybrałem ostatni wariant. Za Chełstówkiem skręcamy na lewo w kierunku Goli Wielkiej i po niedługim już czasie, jesteśmy w lesie.

Zanim na dobre wszedłem w las, prze jednej z leśnych dróg znalazłem pierwszego prawdziwka. Wprawdzie widać było po ściółce, że sucho jest jak diabli, ale to małe piwo. Ważne, że jest prawy. ;)) Tylko co z tego – robak na robaku robakiem pogania. Nawet skrawka kapelusza nie można było wykroić z pierwszego, honorowego, 26-sierpniowego borowika szlachetnego w odmianie „nadziany”. Pozostało mi pstryknąć foty i poszukać jego brata, siostry, kuzyna lub dalszego krewnego.

Jakieś 15, może 20 metrów dalej znalazłem kuzynostwo pod postacią gniewusów, czyli borowików ceglastoporych, które w genach miało przekazaną „miłość” do larw. Oba ceglasie były niestety kompletnie robaczywe. I tu również skrawka kapelusza do jajecznicy lub sosu nie dało rady wykroić. Wrr… Te robale. Co za łotry i dziady! ;)) Od gniewusów, przeszedłem kawałek lasu i wylądowałem z powrotem na szosie ponieważ mam niedaleko dwie miejscówki na prawdziwki, kurki i podgrzybki.

Szedłem dosyć szybko, gdy nagle zobaczyłem sporych rozmiarów sieć pajęczą z tłustym krzyżakiem na jej środku. O mały włos nie wszedłem w lepką pułapkę na muchy i inne owady. Przystanąłem, przypatrzyłem się polującemu i czającemu się pajączkowi. Ponieważ nie miałem ze sobą obiektywu do robienia zdjęć makro, musiałem trochę pokombinować, aby złapać jako taką ostrość i uwiecznić na zdjęciu tego przystojniaczka. I kto tu na kogo poluje. ;))

Natomiast miejscówki grzybowe na boletusy, kury i podgrzybki przywitały mnie tęgoskórami cytrynowymi vel. pospolitymi i kikutem wiele lat temu złamanego buka zwyczajnego. Cóż, szampana i fanfarów to ja nie oczekiwałem, ale żeby takiego, „legendarnego” grzybiarza witać tęgoskórami? Lesie mój kochany! Niezłe kawały sobie robisz ze mnie! ;)) Niech Ci będzie. I tak mnie to nie zatrzyma, aby podeptać Cię przez 20 kilometrów. ;))

Po miejscówkach – jak się okazało w tym dniu – na tęgoskóry, coraz bardziej zaszywałem się w twardogórskich jeszcze lasach i coraz bardziej zacząłem sobie też zdawać sprawę, że moje rozważania i tyrady odnośnie szykującego się wysypu pod koniec sierpnia to była czysta propaganda. ;)) Rozczarowani grzybiarze wyślą za mną list gończy, którego pierwszy egzemplarz otrzyma gajowy. Strach się bać. Mówi się trudno. Idę dalej. W buczynach sucho aż trzeszczy. Tylko chrup, chrup, czasami trzask, a grzybów brak.

Chociaż nie do końca brak. Hubiaki mają się dobrze i w razie zarzutu, mogę bronić swoich rozważań. Grzyby są? Są! Nie miałem na myśli wyłącznie grzybów jadalnych, tylko fakt, że w ogóle należy spodziewać się jakichkolwiek grzybów. Grunt to wywinąć się z oskarżeń. ;)) Skoro grzyby są to miałem rację. Nieprawdaż? I nawet można rzec, że jest pojaw bo w jednym miejscu naliczyłem około dziesięciu hub. ;)) Na zarzut, że rosną tylko grzyby nadrzewne, też mam asa w rękawie.

Proszę bardzo. Stare owocniki ponurników vel. krowiaków aksamitnych! Czyż nie piękne? Jeszcze z systemem wentylacyjnym na środku kapelusza. Takie cywilizowane, bardziej współczesne, dostosowane do gorących, letnich warunków. Czyli już argumentacja o tym, że nie ma grzybów, leży kompletnie na podłodze. Grzyby są i już. Niech mi nikt nie mówi, że pisałem co innego, a co innego wyszło z worka. ;)) Podsumowując stan występowania grzybów na Wzgórzach, należy napisać, że grzyby są. Wymaga to tylko „drobnego” uzasadnienia i spojrzenia inaczej niż przez pryzmat masowego pojawu podgrzybków, prawdziwków lub kani.

Będąc już mniej lub więcej pośrodku lasów między Twardogórą a Bukowiną, z daleka zauważyłem charakterystyczne, intensywnie żółte owocniki żółciaka siarkowego. Tym razem wybrały sobie dęba czerwonego, aby rozkładać mu drewno i żywić się jego organizmem. W tych rozmiarach, żółciaki są jadalne i smaczne. Ostatnio schrupałem żółciakowe kotlety w czerwcu i przez moment zastanawiałem się, czy ich nie wykroić.

Jednak ja i moi najbliżsi nie mamy aż takiego parcia kulinarnego aby zrywać i wkładać do gara wszystko to, co jest jadalne w świecie grzybów. Podjąłem decyzję o pozostawieniu ich w stanie nienaruszonym. Za to narobiłem im zdjęć i nakręciłem filmik. Miejsce, które żółciaki wybrały sobie na wzrost to dosyć podłużna dziupla, w której wyraźnie widać ich działalność. Bardzo szybko powodują intensywną, brunatną zgniliznę drewna. Drzewo zaatakowane przez żółciaka nie ma szansy się go pozbyć.

Dziupla była przedzielona, trzymającą się jeszcze dosyć mocno listwą drewna, zza której było widać owocniki żółciaka także w środku tej dziupli. Czyli „atak” wewnątrz i na zewnątrz. Żółciakowi smakosze mieliby tutaj swoje 5 minut na tym stanowisku. ;)) Lubię fotografować żółciaki od spodu z pokazaniem sylwetki pnia drzewa. Dosyć rzadko spotykam takie ujęcia. Warto się schylić i nieco nagimnastykować.

Pamiętam, jak kiedyś we Wrocławiu, chyba z dobrych 20 lat temu, na spacerze w Parku Szczytnickim byłem świadkiem rozmowy dwóch starszych pań i pana, którzy zauważyli ogromną ilość żółciaków na starym dębie. Jedna z nich stwierdziła: „Jakie wstrętne hubisko”. Natomiast starszy jegomość oznajmił, że: „szkoda, że rośnie tak wysoko, bo bym wziął kija i strącił i pomógł drzewu”. Pomimo szczerych chęci, ten pan nic by drzewu nie pomógł. Po zrzuceniu „wstrętnych hub”, grzybnia nadal żyje, robi swoje i niszczy drewno.

Po foto-sesji z żółciakiem w roli głównej, długo nic nie znalazłem. Aż w końcu trafił się w piaszczystym podłożu piękny, młody borowik szlachetny. Pomyślałem sobie, że w końcu jest ta upragniona świeżyzna grzybowa do jajecznicy. Niestety. Tylko pomyślałem. Wyciągając cudaczka borowikowego z piachu, wyczułem niepokojąco miękki trzon, który najczęściej świadczy o „larwa party” w jego wnętrzu. Nie pomyliłem się. Po zrobieniu kilku zdjęć, przyszedł czas na wstępną sekcję grzybowych zwłok.

I ponownie, nawet skrawka kapelusza nie dało rady wykroić. Te robale… Ale niedaleko od tego prawdziweczka, uśmiechnęły się do mnie fantastyczne koźlarze i to w liczbie sztuk trzy. Ale czy na pewno są to koźlarze czerwone? Coś mi nie pasuje. Żeby było mi łatwiej i dokładniej rozpoznać te 3 ślicznotki, rozejrzałem się wokół, aby zobaczyć, jakie rosną w pobliżu drzewa. Chciałbym, żeby było łatwiej… Patrzę, a tam buki, topole osiki, graby i dęby.

Czyli mogę mieć do czynienia z koźlarzami pomarańczowożółtymi, czerwonymi lub dębowymi. Jednak włóczę się po lasach nie od wczoraj. Nie od wczoraj też, zbieram różne gatunki koźlarzy. Moje zdobycze najbardziej pasują mi do rzadko spotykanych koźlarzy dębowych (łac. Leccinum quercinum). Znalezione kozaczki sprawdziłem i porównałem już po powrocie z lasu ze zdjęciami i opisami ich, m.in. na portalu wybitnego grzyboznawcy – Wiesława Kamińskiego www.NaGrzyby.pl ( https://forum.nagrzyby.pl/viewtopic.php?t=12702 ). Właściwie to było tylko upewnienie się w stu procentach, bo już w lesie cieszyłem się, że znalazłem rzadkiego przedstawiciela koźlarzy.

I pomyśleć, że grzybów obecnie jest bardzo mało, a tu znajduję koźlarze dębowe, które są naprawdę rzadko spotykane w tych lasach. Czyli kozak ze mnie, że hej! ;)) Szkoda, że nie nakręciłem z nimi filmiku. Jakoś wyleciał mi ten szczegół z głowy. Za kozaczkami trafiłem na jedną z nielicznych, spotkanych podczas wycieczki kałuż. Generalnie jest okropnie sucho i aż dziw bierze, że tak szybko wszystko wyparowało w ciągu dwóch tygodni od większych opadów.

W dalszej części wycieczki znalazłem jeszcze nieliczne podgrzybki zajączki i złotawe oraz ponad 10 rozczłapujących się prawdziwków. Wszystkie były kompletnie robaczywe. I zapomniałbym o kilku maślakach żółtych, znalezionych w pobliżu modrzewia. Im nie robiłem fotek. Maślaczki były zdrowe. Poza grzybami, skupiałem uwagę na więcej niż 1001 leśnych drobiazgów i co rusz, pstrykałem fotki i podziwiałem leśny świat.

Znalazłem m.in. ciekawie prezentujący się w odziomku okaz buka zwyczajnego. Dwa w jednym z oczami i kształtem przypominający jakiegoś leśnego stworka. W ogóle buki to jedne z najbardziej kreatywnych pod kątem kształtów i figur drzew. Praktycznie na każdym egzemplarzu można coś ciekawego zauważyć i sfotografować. Szkoda, że takie ciekawostki dendrologiczne w lesie gospodarczym, najczęściej kończą żywot podczas trzebieży, jako mniej wartościowe dla przyszłego, dojrzałego lasu.

Następnie wartko zbliżałem się do bukowińskiego tunelu, który już pokazywałem na blogu co najmniej kilka razy i któremu poświęciłem też odrębny artykuł. Ale chyba jeszcze nigdy nie wspomniałem, że w tym miejscu, tak naprawdę,  mamy do czynienia z dwoma tunelami. O ile ten pierwszy, pod torami kolejowymi kojarzy każdy, kto tam był, o tyle drugi, to już wielki znak zapytania. Tylko nieliczni wiedzą, gdzie on jest. Po tym wpisie, owa „tajemnica” drugiego tunelu zostanie odsłonięta. ;))

W pobliżu tunelu kolejowego, równolegle do niego, płynie jeden z uroczych, bukowińskich strumyków. Woda przepływa pod torami, gdzie wybudowano drugi tunel. Ot – cała tajemnica drugiego tunelu. ;)) Wokół rowu okalającego strumyk jest nieco wilgotniej, ale niestety nie przedkłada się to na większą ilość grzybów. Kiedyś bywało inaczej. Ale (chyba) „to już było i nie wróci więcej” jak śpiewa Maryla Rodowicz. Fakt faktem, że oba tunele stanowią wielką atrakcję turystyczną Bukowiny. Teraz to pojechałem. Nie ma co. ;))

To dwie fotki w mrocznym wydaniu obu tuneli. Pierwszy tunel rowerowy, samochodowy lub nożny, drugi wodny. Tylko dla ludzi w wersji very slim. To jedno z bardzo lubianych przeze mnie miejsc. Takie swoiste przejście z jednej strony na drugą albo coś więcej. Po co doszukiwać się tu jakiejś filozofii, znaczenia? Jest tunel/mostek i tyle. No dobra, to nie śmierć kliniczna, w której światełko i tunel to coś więcej. Po przejściu na drugą stronę, wyruszyłem na poszukiwanie koźlarzy pomarańczowożółtych, bo tam mam sporo miejscówek na ten gatunek grzybów.

I dosyć szybko znalazłem całkiem ładnego kozaczka. Zachęcony tym znaleziskiem, postanowiłem zagrać Vabank i skoncentrować swoje grzybowe poszukiwania na tym gatunku. Okazało się, że pierwszy „Kozakanin” był jednocześnie ostatnim „Mohikaninem”. ;)) Przechodząc przez wszystkie miejscówki kozakowe, nie znalazłem już ani jednego koźlarza. Pozostało mi zrobić jeszcze trochę ujęć kończącego się lata w lesie.

Tradycyjnie leśne drogi i dróżki, wnętrze borów, aleje brzozowe, przepięknie kwitnące wrzosy, mchy i drzewa. Trafiłem też na mrówki na żołędziach dębu. Tytułem zakończenia. Wzgórza Twardogórskie pilnie potrzebują ciągłych, wieloskalowych opadów deszczu aby 2-3 tygodnie po nich, mógł rozpocząć się jesienny wysyp grzybów. Ponieważ na takie w najbliższych prognozach się nie zanosi, można ostrożnie napisać, że na tych terenach, co najmniej do połowy września, nie wydarzy się nic wysypowo-grzybowego. Zatem czekamy. Darz Grzyb! ;))

Podziel się na:
  • Facebook
  • Google Bookmarks
  • Twitter
  • Blip
  • Blogger.com
  • Drukuj
  • email

Komentuj na FB

Dodaj komentarz