facebooktwitteryoutube
Aktualności - 26 Cze, 2016
- 2 komentarze
Święty Jan, jagód dzban. Jeszcze lepszy kosz i kilka grzybów na sos.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

25 czerwca 2016 roku sobota. Polska znajduje się pod wpływem upalnego, zwrotnikowego powietrza, napływającego od „wujka” z Afryki. ;)) Już w piątek, upał stał się nie do zniesienia, a w sobotę jeszcze się nasilił. Chociaż nie przepadam za taką pogodą, to przepadam za lasem. A że sobotę miałem wolną, to postanowiłem zmierzyć się z pogodowym ekstremum. Już wiele razy podczas moich leśnych wojaży, dopadła mnie taka pogoda i wiedziałem, czego można się spodziewać. Non stop spływający pot z czoła, roje much, komarów i innych krwiopijców, duchota i poczucie, że jest się w saunie. Nie inaczej było wczoraj. Gdy tylko słońce wychyliło swoje żółte oblicze i zaczęło – niczym macki ośmiornicy – obejmować coraz większy obszar łąkowo-leśno-polnych terenów, można było poczuć na twarzy, że zapowiada się upalny dzień.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Gdyby wczoraj do lasu, pojechała za mną jakaś ekipa reżyserska, to mogliby kręcić film pod tytułem, np. „Żar Tropików” (kiedyś coś takiego leciało w telewizji), „Przedsmak piekła” lub „Ugotowani żywcem”. Być może, któryś człowiek z tej ekipy, zaproponowałby tytuł „Motylarnia” albo „Afrykarium”. Nie trzeba było się udawać do wrocławskiego Zoo, żeby poczuć się, jak w tropikach. Wczorajszy dzień był niezwykle ważny dla kibiców piłki nożnej. Lwia część polskiej populacji, zapewne w okolicach godziny 15-stej, zasiadła przed telewizorami i innymi odbiornikami, emitującymi obraz, aby kibicować naszym. No, ale nie ja. Przy tropikalnym żarze, wrzuciwszy na luz i nie przejmujący się zbytnio wynikiem meczu, postanowiłem przeglądnąć kilka grzybowych miejsc i przede wszystkim nazbierać jagód. Zeszłotygodniowym zbiorem, tylko rozhuśtałem najbliższym kubki smakowe na jagody. ;))

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Zatem najlepszym tytułem, oddającym klimat mojej wczorajszej wycieczki, będzie „Dzień Świra”.  ;)) No bo jak inaczej nazwać takie zachowanie? Upał nieprzeciętny, wszyscy siedzą na basenach, w ogrodach, na działkach, w pubach piwnych, itp., albo w chałupach, bo na zewnątrz za gorąco. Oczekują na mecz i schładzają swoje organizmy wszelkimi napojami, płynami z różnoraką ich zawartością. A ja sobie wyjazd do lasu wymyśliłem. Świr? Pasjonat? Jedno i drugie razem wzięte? Pewnie tak. Ale co tam, niech sobie gadają. Mam to głębiej, niż odwiert na Półwyspie Kolskim. ;))

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Bardzo wczesnym rankiem, dotarłem do mojej bukowińskiej Mekki. Już po pokonaniu kilkudziesięciu metrów, poczułem, że będzie ciężko, czyli barrrrrrrdzo gorąco. Abym poczuł się jeszcze bardziej jak w dżungli, na drogę, prowadzącą do lasu, wyszedł przywitać mnie wąż. Był to zaskroniec. Dał sobie zrobić jedno zdjęcie, zawinął się z powrotem i szybko wczołgał się w pobliskie zarośla. Szybko zostałem też przywitany przez muchy. Sztukę dokuczliwości i upierdliwości opanowały do perfekcji! Naprawdę wielki szacun i pokora. Żadne owady nie są tak gościnne i tak wiele razy nie ryzykują życiem. Chcesz strzelić taką muchę ręką. Często uda się jej uciec i niczym nie zrażona, będzie siadać na Ciebie ponownie, nawet ze 30-ści razy, często w tym samym miejscu. Nawet dokuczliwe bąki, przy lekkim dostaniu po łbie, często rezygnują z ponownego ataku. A nasze wszechbzyczące muchy – będą, niczym kamikadze, siadać i brzęczeć aż do śmierci. ;))

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

W takich warunkach, nie ma mowy o samotności w lesie. ;)) Kiedy już przywykłem do faktu, że poza „Dniem Świra”, jednym z głównych epizodów, będzie kręcenie „Władcy Much”, na dobre wszedłem w głębię bukowińskich lasów. Chociaż wierzchnia warstwa ściółki bardzo szybko została przesuszona przez upalne powietrze, to pod spodem jest jeszcze sporo wilgoci, szczególnie w zacienionych miejscach. Grzybów, których nie zbieram też jest całkiem sporo. Dominują gołąbki o różnych barwach kapeluszy, muchomory mglejarki oraz muchomory czerwieniejące. Na łąkach pojawiły się czasznice. To piękne, kopulaste-kuliste grzyby. Są jadalne (dopóki są młode i białe w środku). Ja ich nie zbieram natomiast bardzo lubię fotografować. Dzięki nim, można sfocić grzybasa z  krajobrazem w tle. Podobnie (a tak naprawdę znacznie bardziej), fotogeniczne są kanie.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Jedną z nich znalazłem, ale w środku lasu na skarpie. Była już w stanie lekko-zdychająco-podsuszonym. Miała jednak jeszcze na tyle sił, aby wytrzymać sesję fotograficzną. Zostawiłem ją w lesie. Trochę dalej, przy skraju drogi trafiłem na dwie młode kanie, które były już w bardzo dobrej kondycji i wylądowały w pojemniku. Nieco wcześniej znalazłem też koźlarza topolowego. Ten – chociaż piękny i młody – był robaczywy i nie do wzięcia. Zbliżałem się już coraz bardziej do mojego jagodowego eldorado. Już po drodze widziałem, że jagody zdecydowanie napuchły po ostatnich opadach i zbiór zapowiada się bardzo dobrze. Zanim na dobre zaszyłem się w jagodnikach, obskoczyłem jeszcze kilka alejek brzozowych w poszukiwaniu krawców, chociaż nie miałem nic podartego. ;)) Chodzi oczywiście o koźlarze pomarańczowożółte, nazywane często „krawcami”. Kilka sztuk na porządny sos znalazłem, w tym jednego ogromnego. Zakładałem, że jest robaczywy. Pomyliłem się, w środku – chociaż nieco podsuszony tropikalnym żarem – był w dobrej kondycji miąższowej.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Następnie rozpocząłem mozolną, ciężką, wielogodzinną skubaninę jagodowych krzaków. Wszystko było do wytrzymania – muchy, komary, chociaż te drugie, po godz. 10-tej, wyraźnie zaczęły się wycofywać, wielki gorąc i ogólne poczucie „letniego kisielu”. Najbardziej nieznośnym uczuciem jednak, był kapiący z czoła pot i jego ściekanie po plecach. Jagody zbierałem – jak ja to mówię – zgodnie z tempem przesuwania się słońca. Gdy tylko nasza gwiazda, zaczynała mnie „podpiekać”, robiłem dwa kroki w bok, aby cały czas zbierać w cieniu. Podczas upałów, zawsze stosuję taką strategię zbierania jagód. Niby różnicy przy takim żarze jest mała, ale zawsze jest ciut chłodniej niż w pełnym słońcu.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Miejsca, w których zbieram jagody, są jednymi z najlepszych, jakie znam w tej okolicy. Krzaki średniej wielkości, miejscami uginają się od ilości jagód. Widok niezwykle smaczny. Gdyby tak tylko same chciały „wpadać” do koszyka. ;)) Po uzbieraniu koszyka (dzbana) tych leśnych pyszności, przyszedł czas na powrót. Tylko około 7 kilometrów… Trzeba było wybrać jak najbardziej zacienioną trasę. Może jest ona nieco mniej wygodna, niż przejście samymi, leśnym drogami, ale w taki upał, strategia „cienio-chodzenia” to podstawa, aby wrócić w stanie żywym. Część powrotnej trasy, wiedzie przez słynne bukowińskie buczyny. 30-sto metrowe, dorodne buki, baldachim liści i przede wszystkim full cienia to najlepszy odcinek w drodze powrotnej. Znalazłem tam kilkanaście dorodnych kurek. Jedna rzecz mnie zmartwiła – zbyt szybko kończył mi się wodopój, a pić chciało się cały czas.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

W końcu, wyszedłem w pobliżu „kultowego” sklepu u Mietka, gdzie zaopatrzyłem się w życiodajny płyn z lodówki. Połowę 1,5-tora litrowej butli, wypiłem na miejscu. W drodze powrotnej, uświadomiłem też sobie, że nie mógłbym zamieszkać w kraju z tropikalnym klimatem. Kilka dni upałów można jakoś przeżyć, ale być w „piekarniku” przez większą część roku to nie dla mnie. Zapewne moi przodkowie to umiarkowano-klimatyczne ludy środkowej Europy. ;)) Gdy przybyłem na stację, rozpoczęły się rzuty karne naszej reprezentacji. Zawiadowca z emocji o mało co stacyjnej budy nie rozniósł. W końcu odetchnął z ulgą, jak pewnie kilkanaście milionów Polaków, oglądających mecz na żywca. ;)) Brawo piłkarze!

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Przed godziną 18-stą, przyjechał pociąg – kompletnie wyludniony. Zawsze jedzie nim kilkanaście osób, wczoraj może z 5 istot ludzkich by się trafiło. Pewnie zostali w domach z uwagi na mecz. Najlepszy był jednak konduktor. Szybko przyszedł do mnie, a je byłem przekonany, że będzie chciał bilet. On natomiast do mnie – Panie! Polska wygrała! Jesteśmy w ćwierćfinale! Piłka budzi niesamowite emocje. To wielki fenomen, nie tylko socjologiczny. ;))

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

W wyniku mojego „Brexitu” z lasu, poziom endorfin znacznie wzrósł. Wzrósł też poziom satysfakcji ze zbiorów, ze zdjęć, z oglądania pięknych i wciąż zaskakujących mnie lasów, przyrody i dania rady w ekstremalnych warunkach. Znacznie wzrósł również poziom zmęczenia, który nie pozwolił mi na zrobienie relacji wczoraj wieczorem. I tak się zakończył „Dzień Świra” w „Żarze tropików” w „Afrykarium”, który zaserwowała nam wczorajsza pogoda. ;))

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

 

 

 

 

 

 

 

Podziel się na:
  • Facebook
  • Google Bookmarks
  • Twitter
  • Blip
  • Blogger.com
  • Drukuj
  • email

Komentuj na FB

Dodaj komentarz

  • Mariusz //26 Cze 2016

    Piękne zbiory Pawle. Chyba się jutro wybiorę do lasu ostatnio troszkę popadało to może coś się znajdzie…

    • Paweł Lenart //29 Cze 2016

      Dzięki Mariusz! 😉 Do lasu zawsze warto się wybrać. Wczoraj otrzymałem informację, że w okolicach Twardogóry, znajdowane są prawdziwki. Je jeszcze w tym roku boletusów nie znalazłem, chociaż wielu prawdziwkowych miejsc nie odwiedziłem. Za dużo czasu zajmuje mi zbieranie jagód. Jedyne, na co sobie pozwoliłem to godzinka z hakiem na sprawdzenie miejscówek na koźlarze pomarańczowożółte. A widziałeś sumy opadów z 26-27 czerwca z niektórych części Mazur i Mazowsza? Są potężne. Ponad 50 litrów wody na m.kw. Za 2-3 tygodnie mogą mieć tam super wysyp (jeżeli grzybnia „zaskoczy”). Pozdrawiam. 😉