facebooktwitteryoutube
Aktualności - 09 Sie, 2017
- brak komentarzy
Wieczór, w którym zapłonęło niebo.

Niedziela 6 sierpnia 2017 roku wieczorem, około godz. 20:30. Słońca schowało się tuż za horyzont, efektownie podświetlając chmury. Będąc w domu, zawsze zwracam uwagę na to, co się dzieje przy wschodzie i zachodzie Słońca. Często nie dzieje się nic spektakularnego lub zjawiskowego. W niedzielny, szósto-sierpniowy wieczór stało się inaczej. Niebo zaczęło przybierać coraz bardziej apokaliptyczny wygląd. Na początku zjawiska, wiedziałem już, że w ciągu kilku minut na niebie rozegra się prawdziwy spektakl „armageddonowych” barw.

Do tej pory na blogu prezentowałem co najmniej dwa razy wspaniałe zorze poranne (06.06.2016r. i 18.11.2016r.) Jest to dosyć rzadkie zjawisko, dlatego, że warunki do jego powstania zdarzają się średnio raz na kilka miesięcy. Teraz przyszedł czas na pokazanie niesamowitej zorzy wieczornej. Wikipedia definiuje to zjawisko jako: „szeroki, wysoki łuk białawego, różowego lub żółto-pomarańczowego światła, pojawiający się od czasu do czasu podczas zachodu Słońca na niebie ponad najwyższymi chmurami albo odbity od pola śniegowego w regionach górskich”.

Prezentowana zorza była wyjątkowo intensywna i nadająca niebu wygląd, niczym żywcem wyjęty z apokaliptycznych filmów made in USA. W pierwszej fazie tej zorzy, przeważały barwy żółto-pomarańczowe. Już w tym momencie niebo wyglądało po prostu niesamowicie. Jednak w miarę chowania się Słońca za horyzont, należało spodziewać się jeszcze większych efektów świetlnych. Smaczku do całości dodają korony drzew, które widzę z okna.

W końcu rozpoczęła się najbardziej „nihilistyczna” faza zorzy. Niebo przybrało złowieszczy, ognisty wygląd. Czy tak wygląda koniec świata? Rosnące naprzeciw moich okien świerki, „zapłonęły” niebiańskim ogniem rozgniewanych Bogów. Ogień palił się przez około 10 minut po czym zaczął stopniowo gasnąć. Kulminacyjna faza zorzy wieczornej (porannej zresztą też) to czas, kiedy patrząc na niebo, można rzec, że „zapiera dech w piersi”. Zjawisko to budzi skrajne skojarzenia, przy czym nie można mu odmówić nieprawdopodobnego uroku. 

Na szczęście „ogień” nie spowodował żadnych strat, a jedynie przyczynił się do intensywnej pracy aparatu fotograficznego i wielką koncentrację oraz radochę fotografującego. ;)) Po około 10-ciu minutach od fazy „full of fire”, zjawisko szybko zaczęło zanikać. Około godziny 21.00 był już po ptokach. Kto przegapił sierpniowy wieczór, w którym niebo zapłonęło niesamowitą zorzą wieczorną, ten pewnie poczeka kilka/kilkanaście tygodni na „powtórkę z rozrywki”.

Zorzę wieczorną łatwiej jest „upolować” z uwagi na fakt, że przeważnie wieczorem przebywamy w domu. Gorzej jest z zorzą w odmianie porannej ponieważ ma ona miejsce najczęściej wtedy, kiedy ludzie śpią lub są w drodze do pracy. Niemniej potwierdza się stara, dobra zasada, o której już pisałem i którą przypomnę: „zawsze miej aparat fotograficzny przy sobie”. ;))

Podziel się na:
  • Facebook
  • Google Bookmarks
  • Twitter
  • Blip
  • Blogger.com
  • Drukuj
  • email

Komentuj na FB

Dodaj komentarz