Przejdź do treści
Fioletowy szept sierpniowego lasu.

Czwartek, 13 sierpnia 2026 roku. Wysiadam na stacji kolejowej w Bukowinie Sycowskiej i wyruszam na uroczysty marsz po sierpniowym lesie. Dzień wcześniej podziwiałem zaćmienie Słońca. Podobno to niezwykłe zjawisko może mieć wpływ na wysyp grzybów. 😅

Naukowcy zachowują w tej kwestii ostrożność, ale grzybiarze już dawno mają własną teorię: kiedy Słońce na chwilę znika, grzyby uznają, że nadszedł idealny moment, żeby wyjść z ziemi.

W końcu mądrość ludowa głosi, że “gdy Słońce znika, grzyb spod mchu wynika” albo “gdy dzień na chwilę pociemnieje, grzybnia podobno szaleje.”

Niektórzy twierdzą nawet, że podczas zaćmienia grzybnia dostaje wyraźny sygnał: „Panowie, można wychodzić!”. I wtedy w lesie zaczyna się ruch większy niż przy otwarciu nowej restauracji McDonald’s w Koziej Wólce w gminie Kozodupce. 😜

Najbardziej podejrzane jest to, że po zaćmieniu człowiek wraca do lasu, a tam nagle prawdziwki stoją jeden przy drugim, jakby przez całą noc odbywały zebranie zarządu i wspólnie podjęły decyzję o masowym pojawieniu się.

Oczywiście nie ma żadnych poważnych dowodów, że zaćmienie naprawdę powoduje wysyp. Ale każdy doświadczony grzybiarz wie, że w lesie obowiązuje inna fizyka: jeśli po zaćmieniu znajdziesz pięć prawdziwków, to znaczy, że zaćmienie działało. Jeśli znajdziesz pięćdziesiąt – działało wyjątkowo skutecznie.

A jeśli nie znajdziesz żadnego, zawsze można powiedzieć, że wysyp był, tylko grzyby dostały od zaćmienia takiej ciemności na kapeluszach i trzonach, że postanowiły pozostać niewidzialne. Jest jeszcze inna opcja – skoro nie możesz nic znaleźć to po prostu jest ciulowym grzybiarzem. 😂

Na polach Bukowiny już po żniwach. Sierpniowe pola po żniwach mają w sobie coś niezwykłego. Jeszcze niedawno falowały złotym zbożem, a teraz rozciągają się po horyzont jako wielkie, jasne przestrzenie usiane ścierniskiem i słomianymi balotami.

Po gwarze żniw przychodzi cisza. Ciężkie maszyny znikają z pól, a na ich miejscu pozostaje zapach suchej ziemi, słomy i rozgrzanego słońcem krajobrazu. Tylko pojedyncze ptaki krążą nad ścierniskiem, cierpliwie przeszukując ziemię w poszukiwaniu tego, co zostało po żniwach.

Sierpniowe pole wygląda wtedy trochę jak zmęczony wojownik po zakończonej bitwie – pozbawione dawnej bujności, ale pełne śladów wykonanej pracy. W oddali pojawiają się już pierwsze oznaki jesieni, choć lato wciąż potrafi przygrzać tak, że człowiek zaczyna podejrzewać kalendarz o jakieś przekręty. 😉

A gdzieś na miedzy, wśród suchej trawy i resztek zbóż, natura zaczyna przygotowywać się do kolejnego rozdziału. Z pozoru pole odpoczywa, lecz pod jego powierzchnią życie ani myśli o odpoczynku.

Oczywiście wyprawa do lasu nie mogła się obyć bez tradycyjnego programu obowiązkowego: zaglądania pod krzaki, wypatrywania grzybów, sprawdzania, czy „może coś wyskoczyło”, oraz prowadzenia niezwykle poważnych dyskusji z samym sobą w rodzaju: „Czy to już prawdziwek, czy tylko kolejny kawałek kory?”. Las, jak zwykle, odpowiadał milczeniem.

Miało być borowikowe koszenie po zaćmieniu Słońca, a tymczasem natknąłem się na tęgoskóry – grzyby, które najwyraźniej wyszły z założenia, że skoro prawdziwki nie chcą współpracować, to przynajmniej one zrobią człowiekowi niespodziankę.

Tęgoskóry leżały sobie spokojnie w ściółce, twarde, okrągłe i niewzruszone, jakby doskonale wiedziały, że grzybiarz i tak nie będzie miał z nich obiadu. Można powiedzieć, że są to grzyby w wersji „nie do ruszenia”.

Tęgoskóry miały jednak jedną wielką zaletę – było ich sporo. I chociaż nie zapełniły koszyka, to przynajmniej sprawiły, że wyprawa nabrała charakteru. W końcu prawdziwy grzybiarz potrafi znaleźć w lesie coś, czego absolutnie nie zamierza zabierać do domu. 😁

Po tęgoskórowym szaleństwie, postanowiłem posiedzieć w cieniu buka “Oka lasu” – majestatycznego drzewa, które jest jednym z najpiękniejszych bukowińskich buków. Milcząco patrzy na mijające pory roku i strzeże pamięci o grzybiarzach, którzy koło niego przechodzili.

Jego majestatyczna korona rozpościera się nad leśnym runem niczym ogromna, zielona kopuła, przez którą światło przesącza się wąskimi, złotymi smugami.

Po odpoczynku wyruszyłem dalej, bo przecież nie bliżej. 😁 Przeszedłem obok bardzo zwartego młodnika robinii akacjowej, która rośnie w miejscu wcześniejszej egzekucji rodziców. Leśnicy chcieli dobrze, ale robinia nie tak łatwo daje się wywalić z miejsca, które już raz opanowła.

A potem pojawiły się one – wrzosy. Całe połacie fioletu, jakby ktoś rozlał po lesie farbę i zapomniał zakręcić wieczko.

Wrzos kwitnie pełną parą, nie przejmując się zupełnie tym, że do kalendarzowej jesieni jeszcze trochę zostało. Las wygląda tak pięknie, że człowiek od razu zaczyna chodzić wolniej, częściej się zatrzymuje i robi zdjęcia absolutnie wszystkiemu.

W efekcie po kilkudziesięciu minutach okazało się, że fotografii jest więcej niż kroków, a każde kolejne wrzosowisko wydaje się jeszcze bardziej fotogeniczne od poprzedniego. 🙃

W pewnym momencie leśny włóczęga zaczyna rozumieć, że sierpniowy las ma własną logikę. Wrzosy mówią: „Jesień nadchodzi”, drzewa odpowiadają: „Spokojnie, jeszcze jesteśmy zielone”, komary natomiast zgodnie twierdzą: „Nieważne jaka pora roku – obiad jest obiadem”. 😂

I tak, spacerując pomiędzy sosnami, wrzosami i pierwszymi oznakami nadchodzącej jesieni, można było poczuć ten niezwykły moment przejścia. Lato jeszcze nie powiedziało ostatniego słowa, ale las już powoli zmienia dekoracje. Fioletowe kobierce wrzosów są zwiastunem tego, co dopiero nadejdzie.

A co nadejdzie? Piernik i diabeł jeden wie. Choć człowiek też wie, że na pewno przyjdzie jesień, ale jak ukształtuje się sytuacja z grzybami to nawet jasnowidz Krzysztof J., Ezoteriusz i inni jasno/ciemno widzowie nie powiedzą.

Doszedłem do tunelu pod szlakiem kolejowym. On wyznaczył mniej więcej połowę czasu trwania mojej wycieczki. Czyli 50% za i 50% przed. Dookoła tunelu rozciągają się bukowińskie buczyny, po których poszwendałem się, aby w końcu znaleźć choć jednego “pozaćmieniowego” prawdziwka. 😄

Las sprowadził mnie do runa, parteru, a nawet poniżej, bowiem jak włożyłem dłoń pod ściółkę to poczułem kompletny susz i brak wilgoci. A przy braku wilgoci nie pomoże zaćmienie Słońca czy też dwie pełnie i cztery nowie Księżyca.

Zatem po lipcowych wypryskach pojedynczych rurkowców i mocniejszym akcencie kurkowym, w lesie nadeszła przerwa w kluciu się grzybów, poza tęgoskórami i pojedynczymi gołąbkami, które już ledwie zipią i miejscami wychodzą na ostatnich oparach.

Za to po drodze odwiedziłem jedno z wielu moich ulubionych drzew, którym jest dąb bezszypułkowy “Śródleśny”. Wyróżnia się wśród otaczających go buczyn i na szczęście trzyma się klawo.

Podczas opisywanej wyprawy wyraźnie usłyszałem i zobaczyłem fioletowy szept sierpniowego lasu – szczególnie tam, gdzie wrzosy rozlały się po ściółce tak obficie, jakby ktoś urządził w lesie wielką promocję na kolor fioletowy.

Sierpniowy las ma już coraz silniejsze jesienne ciągoty. Wrzosy kwitną, pajęczyny lśnią w Słońcu, co oznacza, że lato po cichu pakuje walizki. Jednak póki co temperatura skutecznie przypomina, że do jesieni mamy jeszcze kawałek – zwłaszcza gdy trzeba maszerować pod górkę. 😎

Jagodowe dywany w borach sosnowych, które w tym roku tak hojnie obrodziły granatowo-fioletowymi perełkami, obecnie stają się coraz lżejsze. Znaczna część owoców przejrzała i opadła, tylko w nieco bardziej zacienionych miejscach można jeszcze coś naskubać. Niemniej jagody są już bardzo dojrzałe, większość z nich pęka lub jest podsuszona przez upały i brak wody.

Sierpniowy las to miejsce, w którym lato zaczyna już udawać jesień, ale temperatura najwyraźniej nic o tym nie wie. Wrzosy kwitną, liście powoli zmieniają odcień, a człowiek idzie przez las w krótkim rękawku i zastanawia się, kto tu właściwie ustala zasady. 😮

Grzyby natomiast prowadzą własną politykę. Jednego dnia las wygląda jak grzybowe targowisko, a następnego można przejść kilka kilometrów i znaleźć trzy sztuki – z czego dwie okazują się tęgoskórami, a trzecia kawałkiem starego pnia. 😁

Sierpniowy las ma też swoją stałą ekipę: komary, które najwyraźniej nie dostały informacji o końcu sezonu, muchy końskie, które traktują człowieka jak ruchomy bufet, oraz kleszcze prowadzące działalność gospodarczą na zasadzie „wejście bezpłatne, wyjście płatne”.

A mimo wszystko człowiek wraca tam następnego dnia. Bo las ma tę niezwykłą właściwość, że nawet jeśli wrócisz pogryziony, spocony, ubrudzony i bez jednego grzyba w koszyku, i tak pomyślisz: „Jutro trzeba sprawdzić jeszcze tamten kawałek.” 😂 Co do sytuacji grzybowej – z niecierpliwością czekam na solidne opady, ponieważ bez wilgoci grzyby nie rosną nawet po zaćmieniu Słońca w czasie nowiu Księżyca, co osobiście sprawdziłem. 🙃
Darz Grzyb!
Nasza strona internetowa używa plików cookies (tzw. ciasteczka) w celach statystycznych, reklamowych oraz funkcjonalnych. Dzięki nim możemy indywidualnie dostosować stronę do twoich potrzeb. Każdy może zaakceptować pliki cookies albo ma możliwość wyłączenia ich w przeglądarce, dzięki czemu nie będą zbierane żadne informacje.Akceptuję Odrzucić Więcej Polityka prywatności & Cookies