Aktualności Grzyby Las Perły dendroflory

Leśne cuda późnomajowej Bukowiny.

Leśne cuda późnomajowej Bukowiny.

Piątek, 29. maja 2026 roku. Ostatnie tchnienie meteorologicznej wiosny w lasach Bukowiny Sycowskiej. Lato stoi już przed wejściem do leśnych komnat i czeka na magiczną noc z 31. maja na 1. czerwca, kiedy to leśne duchy zawołają: Zapraszamy!

Zanim to nastąpi, wkraczam w przepiękne rewiry bukowińskich lasów, aby obejrzeć najpiękniejszy proces w ciepłej porze roku, jakim jest przejście dojrzałej wiosny we wczesne lato.

Poranek jest bezchmurny i chłodny. Rześkie masy orzeźwiającego powietrza otulają wędrowca i wywołują radość z rozpoczętej wędrówki, bowiem takie warunki do pieszej włóczęgi są idealne. Konwalie kończą unosić dookoła siebie pachnący spektakl swoich kwiatów.

Po kilkunastu minutach staję u wrót lasu. To miejsce, w którym 39 lat temu rozpoczęła się moja bukowińska wędrówka. Słońce jeszcze nie oświetla całego lasu, ale ten stan, szybko ulega zmianie.

Wystarczyło poczekać kilka chwil i Słońce rozbłysnęło nad bukowińskim lasami, ukazując je w baśniowym blasku poranka. Co za widoki! Wiosenna niewinność i krystaliczna zieleń w subtelnej powłoce wkraczającego lata.

Pierwsze spojrzenie na krzewinki jagód. Widać zawiązane owoce, jeszcze drobne i całkowicie zielone. Ale są! To najważniejsze. Teraz tylko niech przyjdą większe opady i po połowie czerwca, powinien rozpocząć się sezon na zbiory filetowych skarbów runa leśnego.

Spoglądam na falujące w porannym wietrze morze krzewinek, które co roku rodzą miliony drobnych, zdrowych i bardzo smacznych jagód.

Następnie przechodzę pod baldachimem liści młodego buka. Lśnią o poranku, działają na mnie kojąco i odprężająco. Są wspaniałe!

Kępy wrzosów zaczynają pokrywać się zieloną szatą. Obudziły się po długim zimowym śnie i teraz będą stanowić jeden z najbardziej wyrazistych akcentów letniego runa leśnego.

Zaczynam wchodzić coraz głębiej w leśne apartamenty. Dużo terenów, na których w ostatnich latach prowadzono prace gospodarcze i pozyskiwanie drewna, zaczynają odradzać się. Młode drzewka rosnące w zagęszczeniu, wybijają się do góry.

Przechodzę przez fragment jednego z wielu borów, w którym zbieram jagody. Trwa magia poranka, w której leśna zieleń i słoneczna gra światłem, dają niebywały spektakl doznań wzrokowo-duchowych.

Kilkaset metrów dalej oglądam wycięty fragment lasu. Ścięte drzewa leżą jeszcze na składzie i wydzielają fenomenalny zapach, który potrafi stworzyć tylko natura. Odurza mnie i pozwala jeszcze głębiej skupić się wyłącznie na wędrówce, odrzucając na kilka godzin myśli o czymkolwiek innym.

Następne, odradzające się hektary lasu. Gdzieś w pobliżu zauważyłem wysokiego modrzewia i pstryknąłem zdjęcie jego korony.

Bukowińskie szlaki błyszczały o poranku. Rześkie masy powietrza podsycały chęć zaszycia się i zatracenia w leśnych klimatach. Rozpocząłem marsz w kierunku szlaku kolejowego.

Często powiadam, że w tych miejscach, las kręci swoim żywym kalejdoskopem. Gdy z jednej strony widać strzeliste sosny, to drugiej prężą się i wyginają graby oraz coraz liczniejsze buki.

Następnie ponownie panoszą się gospodarcze sosny, wśród których ciągnie się wyjątkowa alejka brzozowa. Pamiętam ją z początku lat 90-tych.

Te brzózki były niższe ode mnie i rosły tak gęsto, że bardzo trudno było się przez nie przedrzeć. A ile rosło w nich koźlarzy pomarańczowożółtych? Las tylko wie! Niejednokrotnie kończyłem tu grzybobrania, po nazbieraniu 60-80 dorodnych krawców. To jednak już minione dzieje. Alejka wyrosła, przeszła kilka trzebieży i koźlarze zbuntowały się. Nie chcą rosnąć i na nic zdają się moje grzybowe rytuały oraz prośby o wysyp.

Wyszedłem na szlak kolejowy, którego największy o dziesięcioleci remont dobiega do końca. Tutaj las, po raz kolejny zakręcił swoim kalejdoskopem, zapraszając w świat doskonale znanych mi buków.

Odwiedziłem kilka z nich. Na początek “Leśny Stworek”. Drzewo niezbyt grube, ale o jego osobliwości nie świadczy ten parametr, tylko jego oryginalny wygląd.

Leśny Stworek spojrzał mi głęboko w oczy jak gdyby chciał powiedzieć: “Cześć drugi stworku z Wrocławia! Znowu się tu włóczysz i pstrykasz mi zdjęcia oraz moim leśnym kumplom!” 🙃

Nieco dalej przy leśnym dukcie rosną piękni i dorodni kumple Leśnego Stworka. Jeden z nich naciągnął na odziomkową część pnia soczystą skarpetę z mchu.

Drugi, nie chciał pozostać w tyle w leśnej rewii mody na skarpetkowo-mszyste odziomki i również przyodział puszystą kępę zieleniny.

Podszedłem jakieś 200 metrów dalej i moje oczy ujrzały bukowego szefa tego terenu – władcę majestatu bukowińskich buczyn.

To oczywiście słynny wśród leśnego towarzystwa dendrologicznego, o wybitnych walorach dekoracyjnych, wspaniały buk “Oko lasu”. Dla bukowińskich buczyn jest tym, co dla lip fantastyczna “Baśniowa Staruszka” rosnąca na Goli Wielkiej lub potężny dąb “Polny Wódz” dla bukowińskich dębów. Oczywiście nie należy zapominać o innym wybitnym buku “Wegera”, który rośnie wiele kilometrów dalej.

Bardzo blisko przy drodze rośnie jeszcze inny cenny i charakterystyczny buk “Szerszeń”, który – pomimo pogarszającej się kondycji pnia – wciąż rozwija solidny garnitur pięknego ulistnienia.

Po odwiedzeniu kilku bukowych znajomych, przeszedłem przez kolejne tereny pokryte sosnami, paprociami, młodymi świerkami i bukami.

Słońce nieco podniosło temperaturę powietrza, ale las, wciąż był przepełniony orzeźwiającą świeżością poranka.

Gdzieś w oddali przebiegła chmara jeleni, która żyje w tych lasach od wielu lat. Nie udało mi się pstryknąć zdjęcia żadnemu osobnikowi. Zwierzęta były zbyt daleko i zbyt szybko przemknęły między drzewami.

Wdrapałem się na sosnowo-brzozowe wzniesienie, słynne kiedyś z ogromnej populacji koźlarzy szarych, babek i pomarańczowożółtych. Stary borowikowy las wycięty kilka lat temu, pomału odradza się pod postacią gęstej zwartej sośniny. Pewnie miną lata i kilka trzebieży, kiedy powrócą do niego prawdziwki.

Postanowiłem przespacerować się po brzozowych oazach. W tej części bukowińskich lasów, stanowią kwintesencję harmonii i świętego spokoju. Poza zasadniczym sezonem grzybowym, są to praktycznie bezludne rewiry, tylko Lenart czasami się tu poszwenda. 😉

Wybornie się po nich chodzi. Delikatnie zarysowane ścieżki, kępki wrzosów, niewielkich traw, pełna swoboda, cisza i poczucie, że człowiek jest tu dosłownie otulony i przytulony przez las.

Jeszcze bardziej reprezentatywne dla tego obszaru są alejki brzozowe, które posadzono wzdłuż głównych, piaszczystych dróg. Kiedyś również słynęły z koźlarzy, jednakże w ostatnich latach skąpią krawcami jak dusigrosz napiwku.

Po brzozowym świecie nadeszła pora na przejście przez kolejne sosnowe czeluści bukowińskich włości. W nich ponownie sprawdziłem stan jagodowych krzewinek.

Może nadchodzący sezon nie będzie taki zły, niemniej wszystko okaże się po połowie czerwca i w lipcu, czyli w okresie masowego dojrzewania owoców.

Błękit nieba rozlewał się na strzelistymi sosnami, błysk promieni słonecznych podświetlał biało-czarną korowinę brzóz. Kończył się maj, miesiąc pełen leśnego czary-mary i nieprawdopodobnego piękna.

Maj to miesiąc, w którym tyle się w lesie dzieje, że nie sposób to opisać. Czerwiec wydaje się leśnym “żółwiem” w przeobrażaniu lasów w porównaniu do maja, a przecież także oferuje spory pakiet leśnych przemian.

Maj ostatecznie zmienia każdy hektar runa, podszytu i koron z pozimowej golizny na letni przepych.

Ten przepych lśni delikatnością i świeżością, która zazwyczaj trwa mniej więcej do połowy lipca. A później nadchodzi czas dojrzałej, ciemnej zieleni lata i stopniowe przygotowywanie się do jesieni.

Zbliżałem się do tunelu pod szlakiem kolejowym. Bukowe listki co rusz zatrzymywały mnie, roztaczając wiosenny blask w harmonijnym połączeniu ze słonecznym światłem.

Tunel po remoncie gotowy do przyjęcia rozpędzonych na szlaku pociągów. Przytłumione echo dźwięków dudniących pod nim, pozostało bez zmian.

To są stare dobre klimaty bukowińskich tajemnic. Tunel zawsze jawił się jako wyjątkowy obiekt w tych lasach i nadal takim pozostaje.

W bardzo bliskim sąsiedztwie tunelu rośnie osobliwy buk, którego pień i znaczna część drzewnej masy wyłamały się, ale drzewo wciąż jest żywe i prowadzi fotosyntezę na dwóch bocznych konarach.

Od buka mamy żabi skok do Prądnii Goszczańskiej. Ale co tu się stało? Skąd tyle wody w tak suchym okresie? Ciek wodny rozlał się tak szeroko, jakby przetaczała się po nim jakaś fala powodziowa.

Kiedy rozejrzałem się dookoła, wszystko było jasne. To bobry zbudowały szeroką, masywną tamę, powstrzymującą hektolitry wody i nie pozwalającą jej płynąć dalej.

W czasie suszy to bezcenny zbiornik wody, ale jest też druga strona bobrowego medalu. Stojąca woda zalała kilkanaście buków, które nie wypuściły liści i już nie wypuszczą.

Następnie opuściłem wąwóz Prądnii i jeszcze raz spojrzałem na wyremontowany tunel z dalszej perspektywy.

Od tego momentu rozpocząłem drogę powrotną przez leśne cuda późnomajowej Bukowiny, która ponownie zakręciła swoim kalejdoskopem różnorodności.

Buczyny, sośniny, brzeziny, jagodziny, miejscami rachityczne dębiny niczym jarzębiny i piaszczyste dukty.

Wiele młodników wyrosło, dzięki czemu zwiększyła się ilość cienia podczas wędrówki, co dla mnie – osobnika zimnolubnego – to duży plus.

Minęło południe, zrobiło się ciepło, ale nie gorąco. Wiosna w pełni, czarująca zieleń i dziesiątki lat wspomnień z włóczęg po bukowińskich lasach.

Grzybów na razie nie ma i trudno powiedzieć, kiedy nadejdą lepsze grzybowo czasy na tych terenach. Ostatnie wiosny były bardzo suche, a przez to niesprzyjające pojawieniu się pierwszych grzybów.

W drodze powrotnej przeszedłem przez kilka cennych jagodowo terenów. Mam nadzieję, że już po połowie czerwca rozpoczną się zbiory przepysznych owoców.

Lasy te odznaczają się również wyjątkowym klimatem. O każdej porze dnia są tak podświetlone, jakby natura cały czas chciała wyeksponować największe atuty borowo-sosnowego świata.

Najpierw przychodzi światło. Miękkie, świeże, jeszcze nie letnie, przesiewa się przez wysokie korony i spływa po pniach prostych jak dawne opowieści.

Maj pachnie tutaj żywicą. Nie ostrą – lecz ciepłą, słodką, rozgrzaną słońcem, jak zapach drewna pozostawionego na werandzie i oddech ziemi po chłodnej nocy.

Pod stopami ścieżka nie prowadzi – ona zaprasza. Wiedzie przez kobierce borówek, przez wyspy jasnego mchu, obok młodych sosen, które dopiero uczą się szumu.

Niebo rozpięte pomiędzy nimi nie jest już wiosenne i blade, lecz głębokie, błękitne, spokojne. Ptaki kreślą po nim krótkie melodie, które zaraz rozpuszczają się w przestrzeni.

W sosnowym borze człowiek odkrywa, że nie trzeba nic mówić. Nie trzeba pytać. Nie trzeba tłumaczyć swoich zmęczeń, układać zdań, porządkować myśli. Bór przyjmuje wszystko tak samo jak przyjmuje deszcz, wiatr, słońce i cienie. Można iść długo. Mijać stare pnie z bliznami po burzach, patrzeć, jak światło przesuwa się po korze, jak pojedyncza szyszka leży na ścieżce jak mała, zamknięta tajemnica.

Można usiąść. Posłuchać trzasku gałązek, dalekiego stukania dzięcioła, szelestu niewidocznego życia. I wtedy majowy bór sosnowy staje się czymś więcej niż miejscem. Staje się oddechem. Przestrzenią bez pośpiechu. Dniem, który nie musi się wydarzyć szybko. Ciszą, która niczego nie zabiera, a jednak zostawia po sobie więcej niż wiele głośnych godzin.

A kiedy wraca się z takiego lasu, na ubraniu pozostaje zapach igliwia, na butach drobiny piasku, a w człowieku – coś trudnego do opisania.

Bukowina Sycowska to miejsce, gdzie las mówi ciszą, a czas płynie inaczej. Tam odnajduję swoją ulubioną przestrzeń do myśli, oddechu i powrotów.

Darz Grzyb!

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Ta strona używa Akismet do redukcji spamu. Dowiedz się, w jaki sposób przetwarzane są dane Twoich komentarzy.