Aktualności Grzyby Las Perły dendroflory

Majowa ekspresja Borów Dolnośląskich.

Majowa ekspresja Borów Dolnośląskich.

Piątek, 23 maja 2025 roku. Witajcie Bory Dolnośląskie! Godziny poranne, bezchmurne niebo, chłodna i rześka aura oraz plany na długą, różnorodną wyprawę. Wyruszam z kolegą Łukaszem o 7:25 na sosnowo-piaszczystą przygodę!

Czy znajdziemy pierwsze grzyby, a wśród nich borowiki sosnowe? Czy dotrzemy do Świętej Sosny i na hektary wrzosowych dywanów, przy okazji przechodząc przez wszelkie możliwe konfiguracje leśnego świata sosen i piachu? Oczywiście, że tak!

To 10. rok naszych wspólnych wypraw leśnych. Jest ich niewiele, przeważnie jedna lub dwie, rzadziej więcej w danym sezonie, ale zawsze odbywają się na “pełnej parze” przez wiele godzin, jeszcze więcej kilometrów i odznaczają się uroczystą aurą.

Pogoda jest wyśmienita dla długiej wyprawy. Nie ma i nie będzie upału, w cieniu panuje chłód, którego odczucie wspomaga zimny wiatr z dalekiej północy. Ostatnio wreszcie więcej popadało, ale tu, na tych ciągle spragnionych piachach, można odnieść wrażenie, że zawsze jest za sucho.

Przechodzimy przez wiele terenów, od borów ze skąpym runem, gdzie głównym materiałem zdobiącym dno lasu są gałęzie i szyszki do borów świeżych z licznymi krzewinkami borówki, trawami, paprociami i stanowiskami roślin podszytu.

Piaszczyste ścieżki, alejki brzozowe, rozporoszone spontaniczne sosny, w których tarzały się w zeszłym sezonie borowiki. Teraz na drzewach hula wiosna. To jest to co nas uskrzydla i rwie nogi naprzód!

Sosnowe bory mają przeróżne oblicza, choć ich główny trzon, zawsze buduje ten sam skład – sosna, piachy i wrzosy.

Miejscami spotkaliśmy nieliczne grzyby zakopane w piachu. Tak rosną podczas późniejszej jesieni gąski zielonki. Teraz wykluły się jakieś gatunki muchomorów.

Po przejściu kilku kilometrów przez zwarte komnaty sosnowego świata, las otworzył nam błękitne wrota do rozległych przestrzeni, gdzie wrzosy mocno przylegają do podłoża, rachityczne sosny falują na morzu piachu, a sam piach wędruje tam i z powrotem w rytmie siły wiejących wiatrów.

Nie znaleźliśmy pierwszego borowika, ale nadzieja na jego spotkanie będzie się tlić do końca wyprawy, zatem mamy jeszcze wiele godzin do dyspozycji żeby go wyczaić.

Teraz podążamy piaszczystą drogą do morza “widmo”. Do złudzenia przypomina jedną z nadmorskich ścieżek prowadzących na wydmy i w końcu nad samo morze.

Tu w Borach jest inaczej. Każda z tych zasypanych piachem dróg, doprowadzi nas do lasu. Ma to swój niepowtarzalny urok. W końcu jesteśmy w sercu Borów, to dokąd miałyby prowadzić borowe ścieżki jak nie do lasu?

Czasami trzeba przejść długi odcinek, aby ponownie zaszyć się w lesie. Błękit nieba jest powalający, w pobliżu swoje donośne, skrzekliwe odgłosy wydobywają latające kruki.

Są zwinne, szybki i spostrzegawcze. Zanim je ujrzymy, one już wiedzą o naszej obecności i dają o tym znać pozostałej części populacji. Upodobały sobie to miejsce.

Na niebie pojawiły się kłębiaste obłoki, które w dość korzystnych warunkach, rozbudują się w najbliższym czasie do większych rozmiarów i co chwilę będą zakrywać słoneczne promienie.

Opuszczamy piaszczyste oazy wrzosowisk i sosen, spoglądamy za siebie i ponownie wchodzimy na obszary pokryte lasami. 

Leśną sztukę można spotkać wszędzie. Oryginalne prezentowała się żuchwa zawieszona na sośnie i ambona myśliwska na wzgórzu. Jednym słowem – “Eviva l’arte”!

Zbliżamy się do kolejnego, wyjątkowego miejsca. Najpierw przedzieramy się przez suchy bór z dywanami wrzosowisk. Dochodzimy do drogi i spoglądamy przed siebie.

Witajcie w Studziance! Najbardziej kultowej stacyjce PKP w Borach Dolnośląskich z pociągiem zatrzymującym się na życzenie. Wielokrotnie pokazywałem ją na blogu.

Wiosenna Studzianka jest bezludna. Nie ma grzybiarzy, śmieci i papierosowego dymu, który w sezonie grzybowym unosi się dokoła stacji. Panuje niezwykła cisza.

W tej ciszy można usłyszeć znacznie więcej. Śpiew ptaków, odgłosy lasu, owadów, szum starych drzew – klonów zwyczajnych i lipy.

Posiedzieliśmy przez kilka minut pod wiatą. Pstryknęliśmy kilka pamiątkowych fotek i trzeba było wyruszyć dalej.

Spontanicznie zrobiłem ujęcie z rzadko spotykanej perspektywy. Właściwie to jeszcze nie widziałem zdjęcia ze Studzianki w powyższej konfiguracji.

Stare klony i lipa to nierozerwalna część ducha tego miejsca.

Stacyjka widziana od “pleców”. Pewnym krokiem idziemy dalej. Następny cel to wyjątkowe drzewo, do którego dotarliśmy dwa lata temu.

Wciąż bez pierwszego borowika sosnowego, który jest gatunkiem kapryśnym i nieprzewidywalnym, chyba nawet bardziej od pogody.

Pokręciliśmy się trochę po jagodowych borach. Chyba jednak część kwiatów wymarzła i możemy mieć drugi z rzędu słaby sezon jagodowy. Za kilka tygodni wszystko będzie jasne.

Oddaliliśmy się od Studzianki, przeszliśmy obok dwóch dębów z pasieką pszczół i dotarliśmy do Świętej Sosny.

Drzewo ma się dobrze, jego tajemnica wciąż pozostaje zagadką, skrytą za hektarami sosen.

Spojrzałem na koronę drzewa, na wyryte słowa w blasze, którą zalewa żywica i tkanka drzewa.

Czy tu miał miejsce wspomniany cud? Drzew przyozdobionych symboliką religijną znam wiele i nie jest to związane z cudami. Jednak żadne z nich nie rośnie w głębi lasów, tak daleko od domostw.

Historia związana ze “Świętą” Sosną jest dla mnie jedną z najbardziej niezwykłych i tajemniczych. Paradoksalnie, pod względem wyglądu i budowy, drzewo nie odznacza się niczym szczególnym w porównaniu do sąsiadujących sosen.

Pożegnaliśmy bohaterkę sakralnej tajemnicy Borów Dolnośląskich i przeszliśmy do obszaru obsadzonego młodym pokoleniem drzewek po zrębach zupełnych.

Tu zastał nas smutny widok. Podobny spotkałem na rozpoczęciu Tour De Las & Grzyb 2025 w lasach Bukowiny. Najmłodsze pokolenie drzewek całkowicie zamiera. Czy przyczyną jest susza i wiosenne, liczne przymrozki czy coś innego?

Dużo lepiej wyglądają starsze drzewostany, które wiosna obdarowała radosną zielenią i pachnącą świeżością.

Jednym z najbardziej klimatycznych miejsc na szlaku był świat pokręconych brzózek i oczywiście dukty wśród sosnowo-wrzosowej krainy.

Przez jedną z wielu głównych dróg przejechała ciężarówka z drewnem. Na dłuższą chwilę zakurzyła otoczenie. Mieliśmy dalej pójść naprzód, ale Łukasza coś tknęło, abyśmy odbili na prawo i poszli nieco inną trasą.

To była wyśmienita decyzja, bowiem na wrzosowiskach, w miejscu do którego docierają bardzo nieliczni, leżała ½ poroża jelenia czyli tyka.

Kilka metrów obok leżała druga połowa. I w ten oto sposób, las obdarował nas wspaniałym trofeum, które spadło z jeleniego łba kilka tygodni temu.

Ułożyliśmy poroże na wrzosach i zrobiliśmy wiele zdjęć. To wielki dar od lasu i nagroda za wielokilometrową wędrówkę do tego miejsca.

Chcieliśmy znaleźć pierwsze borowiki, ale las postanowił inaczej, obdarowując nas symbolem jeleniej potęgi i majestatu.

Tak prezentuje się poroże w moich dłoniach w miejscu jego znalezienia czyli w centrum rozległego wrzosowiska.

Już dawno minęło południe i nadszedł czas wyruszyć w drogę powrotną. Opuszczamy wrzosowisko, które obdarowało nas porożem, ale pierwszego borowika, wciąż nie znaleźliśmy.

Na niebie wykluło się dużo chmur, wzmógł się silniejszy, zimny wiatr. Niemniej warunki do włóczęgi pozostawały wyśmienite.

Znaleźliśmy jeszcze kilka wiosennych muchomorków. W promocji prosto z piachu. ;))

Następne kilometry to borowikowe lasy sosnowo-wrzosowe. Jeszcze puste, ale sam spacer przez te tereny, wznosi duszę grzybiarza ponad korony drzew.

Na liczniku pękło ponad 20 km, a my wciąż mamy wiele kilometrów do końca wyprawy. To jest to! Poczuć las w kościach, kręgosłupie i stawach! ;))

Zbliżał się wieczór, chmur na niebie ubyło, wiatr stawał się coraz słabszy. Cień Łukasza z porożem w dłoni wyglądał nieco dziwnie, może trochę zabawnie i strasznie.

Tymczasem sosnowa młodość chce sięgnąć niebios. Wiosenne pędy radości i nowego życia.

Zbliżała się godz. 19. Ostatnie bory sosnowe, wciąż bez borowika i tak już pozostało. Tegoroczny maj, nie obdarował nas pierwszym, bordowo-wiśniowym kapeluszem połączonym z białym trzonem.

Za to majowa ekspresja Borów Dolnośląskich wylała się ze wszystkich stron, po raz kolejny ukazując nam nieskończoność form oraz fenomen sosnowej krainy piachu i grzybów. Zapanowała wieczorna cisza, ptaki przestały śpiewać.

Wybiła godz. 19:00. Doszliśmy do samochodu, nieco zmęczeni, ale przeszczęśliwi. Wspólna majowa wyprawa, osiągnęła kultowy status i pozostanie w naszej zalesionej pamięci na zawsze.

Niecałe 12 godzin w lesie, 33 km w nogach co dało prawie 50 tys. kroków. Majowa włóczęga po Borach Dolnośląskich, wśród wiosennej ekspresji leśnego świata w niepowtarzalnym klimacie zaliczona! Łukaszu – to była wyprawa z ekstraklasy leśnego włóczęgostwa, w której grają tylko najwięksi wariaci! ;))

Darz Grzyb!

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Ta strona używa Akismet do redukcji spamu. Dowiedz się, w jaki sposób przetwarzane są dane Twoich komentarzy.