Aktualności Grzyby Las

Majowy “spacerek” po Borach Dolnośląskich.

Majowy “spacerek” po Borach Dolnośląskich.

Sobota, 16 maja 2026 roku. Wspólnie z kolegą Łukaszem z Wałbrzycha, wybraliśmy się na włóczęgę po majowych Borach Dolnośląskich. Przywitała nas pochmurna i dość chłodna aura, do południa przeważały opady deszczu o małym lub średnim natężeniu, po południu padało rzadziej i krócej.

W tym roku przypada nasza 10-letnia tradycja wspólnych, majowych wypraw w te rozległe tereny. Z powodu opadów deszczu, do godzin południowych prawie nie pstrykam fotek, dopiero po południu, kiedy między opadami pojawiają się dłuższe momenty bez kapania z dziurawych chmur, udaje się zrobić więcej zdjęć.

W lesie – poza śladami zwierzyny – mieszkańcami tej niezwykłej krainy, nie widać obecności ludzi. Wyruszamy o 7. z rana. Przed nami 11. godzin uroczystego szlajania się po piachach, wrzosach, borach sosnowych, tajemniczych rewirach i zakątkach, do których prawie nikt nie zagląda.

Jednym z naszych celów było sprawdzenie, czy grzybnia jest w stanie wyprodukować pierwszego, dolnośląsko-borowego borowika sosnowego. Okazało się, że po skrajnie suchym okresie i stopniowym, majowym nawilżaniu ściółki, grzybnia nie została pobudzona w wystarczającym stopniu, aby wypchnąć owocniki legendarnych sośniaków na powierzchnię.

Za to można było zanurzyć się w chrobotkowo-wrzosowe dywany, po których chodzenie przypomina wędrówkę po królewskim podłożu dla wybrańców. Nasza wyobraźnia działała, wiele razy rozmawialiśmy o tym, jak w tej pięknie umoszczonej naturą ściółce, fenomenalnie prezentują się kapelusze borowików.

Po południu, kiedy zza chmur zaczęło nieśmiało wyglądać Słońce, dotarliśmy do rozległych wrzosowisk. Na horyzoncie kotłowała się mocna rozbudowana chmura kłębiasta, która miała chęć przeobrazić się w burzowego kalafiora.

W tym miejscu, zazwyczaj szliśmy już kiedyś ustalonym szlakiem, ale Łukasz wpadł na pomysł, żeby tym razem zmienić nieco kierunek i pójść w rejon, po którym jeszcze nie chodziliśmy. Mnie na włóczęgowskie eksperymenty nie trzeba dwa razy namawiać. Wyruszyliśmy po znanym, w trochę nieznane…

Po dłuższym marszu, wrzosowiska stały się skąpe, pojawiły się łany wyschniętej trawy, młoda dopiero nieśmiało przebijała się w nielicznych jeszcze skupiskach. Na horyzoncie wolność i wrzosowo-piaszczysta przestrzeń, z dala od cywilizacyjnego kociokwiku. Po prostu spokojnie, wybornie i nastrojowo!

No i tak podeptaliśmy przez te przestrzenie przez dwie godziny, a może i dłużej. Postanowiliśmy zatoczyć bardzo duże koło i wejść w lasy znajdujące się daleko na horyzoncie. W między czasie zatrzymaliśmy się na dłuższą chwilę. Piaszczysto-wrzosowa cisza była przerywana odgłosami ptaków, między innymi żurawi, które sygnalizowały swoją obecność gdzieś daleko od nas.

Wrzosowiska przez wiele jesienno-zimowych miesięcy wyglądają tak samo. Dopiero na przełomie wiosny i lata rozchmurzają swój szorstki, surowy wizerunek delikatną, soczystą barwą zieleni. Podczas naszej wędrówki, wciąż emanowały surowością minionej, zimnej i ciemnej pory roku.

W końcu weszliśmy do lasu, ale za to jakiego. Pomimo, że nic w nim nie znaleźliśmy, widać i czuć w nim grzyba! Co tam grzyba! Wiele grzybów. To idealny las na borowiki, podgrzybki, gąski zielonki, kurki, miejscami na koźlarze.

Wieloletnie doświadczenie grzybiarzy i wyczucie terenu robią swoje. Trzeba tu koniecznie wrócić podczas sezonu grzybowego. Teren idealny na grzybowe szaleństwo. No i wyborny do spokojnego poszukiwania wystających ze ściółki owocników.

Piękne, gęste, grube warstwy mchów w sosnowym otoczeniu. Grzyby uwielbiają takie stanowiska. Za tymi mchami i lasami, skrywa się niewielkie oczko wodne, niewiele większe niż kałuża powstała po porządnej ulewie.

Kiedy wyszliśmy z lasu i ujrzeliśmy leśne źródełko, do góry poderwał się potężny bielik. Tak nas zaskoczył i jednocześnie zafascynował, że nawet nie zdążyliśmy zrobić mu zdjęcie. Ogromny majestatyczny ptak, wzbił się do góry i zaczął lecieć ponad koronami drzew. Po kilku sekundach znikł nam z pola widzenia.

W oczku wodnym tętniło nowe życie. Setki, a może i tysiące kijanek. Jeszcze jedna rzecz była warta odnotowania. To miejsce jest bardzo odludne i przez to bardzo czyste, pozbawione śmieci, butelek, puszek i wszelkiego innego dziadostwa, porzucanego w lesie przez ludzi.

Następnie czekała nas bardzo długa droga powrotna. Jeszcze raz przeszliśmy przez magiczne lasy, emanujące grzybową aurą nawet podczas panującego bezgrzybia. Te miejsca mają w sobie borowikowy potencjał!

Późniejszym popołudniem niebo zaczęło się przecierać na tyle, że momentami pojawiały się słoneczne chwile. Czy z tej wilgoci uformują się pierwsze majowe borowiki? Wszystko jest możliwe, wiele lat grzybowego włóczęgostwa nauczyło nas, że jedyna reguła, jaką można przypisać pierwszym borowikom w nowym sezonie, to ich nieprzewidywalność. 😉

W drodze powrotnej, przechodziliśmy przez wrzosowo-mszyste bory i brzozowo-wrzosowe zagajniki, miejscami ciągnące się przez kilkaset metrów. Następnie wyszliśmy na piaszczyste drogi, podziwiając leśny świat po obu stronach tych dróg.

Leśna droga przecina ciszę jak delikatna myśl, prowadząc gdzieś tam, gdzie świat zwalnia i oddycha spokojniej. Smukłe brzozy stoją pośród zieleni i rozświetlają mrok lasu swoją jasną korą. Między sosnami i wrzosami unosi się łagodny oddech natury. Niebo zawisło nad ścieżką ciężkie i zamyślone, lecz wokół wszystko pulsuje świeżym życiem.

Tak w Borach Dolnośląskich wyglądają miejsca, w których można zgubić pośpiech, a odnaleźć spokój.

Po 11-stu godzinach nasz “spacerek” zakończył się. Jego długość wyniosła 31,28 km, a więc przypieczętowaliśmy z kolegą Łukaszem, 10-lecie wspólnego leśnego włóczęgostwa z przytupem. 💪🌳🌲🍄😉

Darz Grzyb!

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Ta strona używa Akismet do redukcji spamu. Dowiedz się, w jaki sposób przetwarzane są dane Twoich komentarzy.