Aktualności Grzyby Las Perły dendroflory

Tour De Las & Grzyb 2026 start!

Tour De Las & Grzyb 2026 start!

Świat pełen magii, świat tak nieosiągalny…

Świat pełen cudów, których nie sposób opisać…

Świat tak piękny, osiągalny tylko w snach…

Świat nietknięty zepsuciem i pełen nieskończonej estetyki piękna…

Czy ten świat istnieje? Czy to tylko płynący samotny okręt na morzu marzeń?

Czy można się w nim znaleźć, zanurzyć, poczuć i odpłynąć do najskrytszych tajemnic?

Jeśli tak – to jak do niego wejść? Gdzie znajduje się klucz otwierający bramy do krainy cudów?

Sekret wejścia do magicznych zakamarków leśnej Świątyni znajduje się w Bukowinie Sycowskiej. Są cztery klucze: północny, południowy, zachodni i wschodni.

Każdy z nich otwiera nieskończoną ilość piękna, wrażeń, emocjonalno-duchowej głębi i poczucia więzi z czymś pierwotnym, dobrym, najbliższym sercu i duszy.

1. maja 2026 roku przekręciłem dwa klucze: północny i wschodni. Przede mną otworzyły się majowe wrota wiosennego lasu – rozśpiewanego ptakami i hulającymi koronami drzew pod krystalicznym błękitem nieba.

Cienie drzew rzucane na ziemię i błyszczące młode listki, fantastycznie kontrastujące z niebem. Tu jest życie, tu jest moc! Nadzieja, radość, natchnienie!

Las otworzył przede mną zielone bramy buków, dębów, sosen, modrzewi, lip, świerków i wielu innych drzewnych mieszkańców. Pozwolił wejść w swoją ciszę.

Przyjął mnie bez pytań tak, jak przyjmuje się wiernego, znajomego wędrowca pod dach starej, drewnianej chaty. Nie pytał, skąd wracam i dlaczego milczę, ani dlaczego w oczach niosę łzy szczęścia i radości.

Szedłem powoli. Między omszałymi korzeniami, które wyglądały jak żyły starej ziemi, między rozwijającymi się paprociami drżącymi od oddechu wiatru, po ścieżce wilgotnej od porannej rosy i dawnych wspomnień.

W zaczarowanym Królestwie bukowińskich lasów mieszka echo dawnych lat, minionych włóczęg, setki grzybowo-jagodowych wspomnień. Budzą we mnie najwspanialsze wspomnienia.

Tu każde miejsce jest dla mnie strażnikiem czasu. Stare drzewa stoją nieruchomo jak milczący mnisi, którzy widzieli więcej niż ludzie, a mimo to nikogo nie osądzają. Ich kora jest popękana jak stare dłonie, pełne historii o cierpieniu, przemijaniu i pogodzeniu się z losem.

Im dalej wchodziłem w las, tym bardziej czułem, że oddalam się od świata ludzi. Od krzyków, od pośpiechu, od plastikowych uśmiechów i rozmów pustych jak wyschnięte studnie.

Tutaj wszystko jest prawdziwe. Wiatr jest prawdziwy. Zapach ziemi jest prawdziwy. Samotność jest prawdziwa. I moje serce również.

Usiadłem przy starym buku, którego konary rozciągały się nad ziemią jak ramiona zmęczonego olbrzyma. Przymknąłem oczy. Usłyszałem własne myśli…

Nie te codzienne, płytkie, krążące wokół obowiązków i lęków. Lecz te ukryte głęboko pod nimi – ciemne i jasne jednocześnie.

Myśli o tym, ile razy człowiek zdradza samego siebie, aby przypodobać się światu. Ile razy tłumi łzy, bo nauczono go, że słabość jest hańbą. Ile razy milczy, gdy dusza krzyczy.

Las słuchał… Nie przerywał. Nie dawał rad. Nie próbował naprawiać mojego bólu. Po prostu trwał przy mnie szumem liści i spokojem wiekowych drzew. I w ten sposób dał mi najcenniejszą lekcję.

Nagle gdzieś w leśnych głębinach odezwała się wilga. Jej śpiew przeciął ciszę w zielonych komnatach. Wówczas pomyślałem o wszystkich utraconych chwilach. O grzybiarzach, którzy odeszli. O słowach, których nie zdążyłem powiedzieć. O drogach, którymi nigdy nie poszedłem…

Las przyjął również te wspomnienia. Wśród sosen unosił się zapach żywicy – gorzki i słodki zarazem, jak pamięć o dawnym szczęściu. Promienie słońca spadały przez gałęzie. Wyglądały niczym złote schody prowadzące ku czemuś wyższemu, czemuś czystemu, czego nie da się nazwać ludzkim językiem.

Wtedy zrozumiałem, że duchowa wędrówka nie polega na odnalezieniu odpowiedzi. Polega na odwadze, by wejść w ciemność własnego wnętrza i nie uciec.

Szedłem dalej. Coraz głębiej. Coraz ciszej. Pnie drzew przypominały kolumny, korony tworzyły sklepienie, a wiatr był niewidzialnym chórem śpiewającym pieśń starszą od człowieka.

Poczułem dziwny spokój. Nie radość. Nie euforię. Lecz spokój człowieka, który przestał walczyć ze wszystkim naraz.

Przy małym strumieniu uklęknąłem i zanurzyłem dłonie w lodowatej wodzie. Płynęła nieustannie, obojętna wobec ludzkich dramatów, a jednak dziwnie kojąca.

Pomyślałem, że dusza również powinna płynąć. Nie zatrzymywać bólu na zawsze. Nie budować z cierpienia domu. Nie przywiązywać się do ran jak do świętych relikwii.

Nad wodą unosiła się delikatna mgła. Biała, cicha, prawie nierzeczywista. Wydawało mi się, że w tej mgle ukryte są wszystkie duchy przeszłości – moje dawne wersje i marzenia z dzieciństwa.

Zrozumiałem wtedy jeszcze jedną rzecz – że człowiek przez całe życie czegoś szuka. Miłości. Sensu. Boga. Drugiego człowieka. Samego siebie. No i grzybów. 🍄🙃

A czasem znajduje ślad odpowiedzi w zwyczajnym lesie, pośród mokrego mchu i drzew pamiętających więcej niż całe pokolenia.

W Bukowinie są miejsca, które leczą człowieka nie słowami, lecz samą obecnością. Mam ich dziesiątki, setki i jeszcze więcej.

W lesie mieszkają marzenia. Nie te wielkie, hałaśliwe, które błyszczą w światłach miast i pachną pośpiechem.

Leśne marzenia są ciche. Rodzą się w mchu nasiąkniętym deszczem, w kroplach rosy wiszących na pajęczynach, w drżeniu paproci poruszanych delikatnym oddechem wiatru.

Zazwyczaj przychodzą o świcie, gdy świat dopiero otwiera oczy, natomiast mgła snuje się między drzewami, niczym duch dawnej opowieści.

Wtedy las jeszcze nie mówi pełnym głosem – szepcze tylko, jakby bał się obudzić śpiące jelenie i ukryte w dziuplach ptasie sny.

Teraz szedłem leśną ścieżką samotnie, a jednak czułem, że nie jestem sam. Towarzyszyły mi marzenia ukryte w cieniu drzew, stare jak ziemia i lekkie jak pył unoszony przez Słońce.

Dęby śnią o dawnych czasach, gdy po puszczach wędrowali ludzie rozumiejący mowę wilków i rzek.

Sosny marzą o nieskończonym niebie, do którego wyciągają swoje smukłe ramiona, a brzozy – białe i delikatne – jakby tęskniły za czymś utraconym, czymś, czego nie potrafi nazwać nawet wiatr.

Las też żyje marzeniami. W koronach drzew ptaki marzą o dalekich krajach pełnych ciepłego światła. W norach lisów drzemią sny o spokojnych nocach bez głodu i strachu. Nawet mały strumień, wijący się między kamieniami, zdaje się marzyć o wielkiej rzece, o podróży ku morzu, którego nigdy jeszcze nie widział.

Usiadłem na powalonym pniu, pokrytym miękkim mchem, i zacząłem słuchać lasu. Bo las mówi do tych, którzy potrafią milczeć.

Najpierw usłyszałem wiatr. Potem szelest liści. Później pojedynczy stuk dzięcioła, jakby ktoś wybijał rytm dla niewidzialnej pieśni świata.

A potem przyszły marzenia. Przyszły powoli, jak sarny wychodzące z gęstwiny o zmierzchu. Nieśmiałe. Delikatne. Prawdziwe.

Przypomniałem sobie dawne pragnienia, które zgubiłem gdzieś po drodze dorosłego życia. Marzenia o wolności. O prostym szczęściu. O domu pachnącym drewnem i deszczem. O dniach spokojnych jak letni las po popołudniowej burzy.

Las otworzył przede mną stare drzwi pamięci. Widziałem siebie jako dziecko, biegnące leśną drogą między sosnami, z kieszeniami pełnymi szyszek, z koszykiem grzybów, z kanką jagód i głową pełną cudów. Wtedy świat wydawał się większy, a każdy cień między drzewami mógł ukrywać tajemnicę.

Dorosłość zabrała wiele z tych rzeczy. Lecz las – nie wiadomo jakim cudem – potrafi je oddać. Słońce przesączało się przez gałęzie złotymi smugami światła. Na chwilę wszystko wyglądało tak, jakby las był utkany z marzeń i wspomnień. Jakby granica między rzeczywistością a snem rozpuściła się w zielonym półmroku.

Im dalej szedłem, tym bardziej miałem wrażenie, że wchodzę do innego świata. Świata, w którym czas płynie wolniej. Gdzie nikt nikogo nie goni. Gdzie można po prostu istnieć bez konieczności udowadniania czegokolwiek.

Te marzenia nie są powodem wstydu. Są częścią życia, tak naturalne jak śpiew ptaków i szum starych drzew. W głębi lasu znalazłem małą polanę. Rosła tam drobna wiosenna trawa, falująca jak zielone fale cichego morza. Co chwilę przelatywały motyle – lekkie, kruche, niemal nierealne.

Położyłem się na ziemi i spojrzałem w niebo ukryte między koronami drzew. Wtedy przyszło największe z leśnych marzeń. Marzenie o tym, by człowiek znów nauczył się słuchać świata. By przestał zagłuszać ciszę hałasem. By pamiętał, że nie jest panem natury, lecz jedynie małym wędrowcem pod ogromnym sklepieniem nieba.

Zdałem sobie sprawę z jeszcze jednej, bardzo istotnej sprawy. Leśne marzenia nigdy nie umierają. Przechodzą z drzewa na drzewo, z liścia na liść, z pokolenia na pokolenie. Żyją w śpiewie ptaków, w szumie deszczu, w ciszy zimowych poranków i w zapachu mokrej ziemi po burzy.

Człowiek, który choć raz naprawdę wsłucha się w las, zabiera część tych marzeń ze sobą. Na zawsze. To są te marzenia, których nie można kupić, dotknąć ani zamknąć w słowach.

Można je odnaleźć tylko w samotnej wędrówce pośród drzew, gdzie dusza staje się lżejsza, a serce przypomina sobie, jak to jest naprawdę żyć.

Tak oto w kompletnie oszałamiającej, pierwszo-majowej scenerii bukowińskiego lasu, z kłębowiskiem myśli, wspomnień, przemyśleń i marzeń, rozpocząłem 39 Tour De Las & Grzyb!

Jak co roku na inauguracji nowego sezonu, staram się napisać prognozę jagodowo-grzybową na nadchodzące miesiące. Jak na razie, przechodzimy przez jedną z najbardziej suchych wiosen w historii pomiarów instrumentalnych.

Do tego mieliśmy długi ciąg późnych, kwietniowych przymrozków. Są to dwie, bardzo niekorzystne skrajności warunków pogodowych dla rozwoju jagód.

Czy jest światełko (granatowe jak kolor owoców borówki czarnej) w tunelu? Niewielkie, ale jest. Po pierwszo-majowych oględzinach stwierdziłem, że przymrozki nie wyrządziły aż tak poważnych szkód, z jakimi mieliśmy do czynienia w sezonie 2024.

Wówczas wegetacja była bardziej posunięta do przodu i mróz ścisnął w pełni kwitnięcia jagodowych kwiatów. Mróz wszedł głęboko do lasu i nie oszczędził ponad 90% stanowisk jagodowych, a w wielu miejscach, praktycznie 100%.

Wydaje mi się, że w tym roku mróz w lesie był nieco lżejszy, a i wegetacja została nieco utrzymana w ryzach przez stosunkowo chłodny kwiecień. Jednak przewlekły, wręcz dramatyczny niedobór opadów jest drugim, niepokojącym czynnikiem przed nadchodzącym sezonem jagodowym.

Dopiero w ostatnim czasie spadło trochę deszczu, średnio 20-24 mm, ale to wciąż kropla w morzu potrzeb. Przed nami jeszcze zimne noce, związane z tzw. “Zimnymi Ogrodnikami”, którzy w tym roku również przyniosą spore spadki temperatur, a miejscami kilkustopniowe przymrozki.

Wszystko to sprawia, że do prognozy na sezon jagodowy 2026 należy podejść bardzo ostrożnie. Na ten moment mogę napisać, że prawdopodobnie czeka nas bardzo wymagający sezon. Może się też okazać, że przymrozki nie były zbyt niszczące dla kwiatostanu, natomiast maj i czerwiec pozytywnie zaskoczą z opadami.

Wówczas sezon, mógłby nabrać jagodowych rumieńców, turgoru i wigoru. Czy tak się stanie? Za kilka tygodni, kiedy pierwsze owoce zaczną dojrzewać, wstępnie będzie można ocenić potencjał rozpoczynającego się sezonu.

Od połowy czerwca planuję regularnie sprawdzać lasy pod kątem zasobności jagodowych perełek i ciągle mam nadzieję, że pomimo wyjątkowo niekorzystnej pogodowo wiosny, meteorologiczna karta, w końcu odwróci się na korzyść jagodowych zbieraczy.

A co z sezonem grzybowym? To dopiero są fusy i czary mary przy tak rozklekotanych warunkach pogodowych. Jednak coś wypada napisać, choćby okazało się to strzałem na oślep.

Moja subiektywna prognoza sezonu grzybowego 2026 na Dolnym Śląsku przedstawia się następująco:

MAJ – przez brak wystarczających opadów, grzybów nie będzie. Być może punktowo w górach pojawią się pierwsze koźlarze, borowiki usiatkowane lub krasnoborowiki ceglastopore, ale generalnie miesiąc zapisze się pod znakiem grzybowej biedy. Tylko żółciaki siarkowe nie powinny zawieść.

CZERWIEC – miesiąc zapowiada się dość deszczowy, co pomoże złagodzić suszę, zwłaszcza w zachodnich i północnych regionach Polski. Nieco więcej pogodnych dni ma być na wschodzie oraz południu Polski. Na Dolnym Śląsku, punktowo pojawią się krasnoborowiki ceglastopore, borowiki usiatkowane i koźlarze czerwone/brązowe, przede wszystkim na terenach podgórskich i w samych górach. Być może pojedyncze kapeluszniki, wyklują się również na nizinach, a przy większych opadach jest szansa na kurki. Jeśli wierzyć długoterminowym prognozom, to czerwiec 2026 ma szansę zostać najbardziej wilgotnym czerwcem od 2020 roku.

LIPIEC – przyniesie zupełnie inną pogodę. Miesiąc ten zostanie zdominowany przez rozległe układy wysokiego ciśnienia, w północnych obszarach kontynentu, które zagwarantują gorącą pogodę, z temperaturami nierzadko przekraczającymi 30 stopni C. Niekiedy może być bardzo duszno, ponieważ często będą napływać wilgotne masy powietrza z południa i wschodu, znad Morza Śródziemnego i Morza Czarnego, co grozi licznymi burzami. Szczególnie dużo tych zjawisk będzie na południu i wschodzie, a znacznie mniej na północy i zachodzie kraju. Tym samym na Dolnym Śląsku grzyby pozostaną w sferze marzeń, tylko na terenach górskich pojawi się szansa na znalezienie grzybowego co nieco.

 SIERPIEŃ – sierpniowa aura, prawdopodobnie będzie stabilniejsza – nad Europą będą dominować wyże z dużą ilością pogodnego nieba, które wpłyną także na pogodę w Polsce. Jeżeli prognozy się sprawdzą, to możemy mieć do czynienia z jednym z najcieplejszych sierpni w historii pomiarów, a do tego bardzo słonecznym, z temperaturami bardzo często sięgającymi i przekraczającymi 30 stopni C. W pierwszej połowie miesiąca będą jeszcze takie dni, kiedy słupki rtęci wskażą 35-37 stopni C. Wyże przyniosą też dominację suchej i gorącej pogody w górach, choć tam będzie można liczyć na częstsze opady, głównie pochodzenia burzowego. Zatem sierpień może przynieść pogłębienie się suszy i znaczny wzrost zagrożenia pożarowego w lasach. W tej sytuacji, sierpień zapisze się jako miesiąc z grzybową nędzą i biedą.

 WRZESIEŃ – jeśli sprawdzą się moje prognozy to wrzesień przyniesie raptowny podmuch jesieni przy niższych temperaturach wobec normy wieloletniej i przede wszystkim obfite opady, powyżej normy. Ściółka leśna, po sierpniowym wygrzaniu, eksploduje grzybowym życiem i różnorodnością. Termicznie wrzesień będzie bardziej przypominał październik, za to grzybowo może być rewelacyjnie.

PAŹDZIERNIK – pierwsza dekada miesiąca przyniesie kontynuację chłodnej i wilgotnej pogody oraz grzybowego eldorado, rozpoczętego we wrześniu. Następnie stery w pogodzie zaczną przejmować suche i słoneczne wyże, które przyniosą złotą polską jesień i stopniowe zmniejszanie się grzybowej podaży. Niemniej jesień będzie grzybowo udana i to prawdopodobnie na terenie całego Dolnego Śląska.

LISTOPAD – w pierwszej połowie miesiąca mamy jeszcze szansę na całkiem dobre zbiory podgrzybków, jednak coraz częściej będą występować przymrozki i chłodna/zimna aura, która systematycznie będzie wygaszać jesienny, zasadniczy sezon grzybowy.

Przy podsumowaniu sezonu ocenię, na ile moje subiektywne prognozy sprawdziły się, a w jakim stopniu okazały się niewypałem. Pogodę mamy dość nieprzewidywalną, przebieg temperatur i opadów w poszczególnych miesiącach może się diametralnie różnić w porównaniu z poprzednimi sezonami, dlatego napisanie jak najbardziej sprawdzalnej prognozy to zadanie na szóstkę z wieloma gwiazdkami. 😮😉

Niemniej nie raz już tak bywało, że niekorzystny termicznie i fatalny opadowo początek sezonu, w pewnym momencie trafił na zbieg korzystnych warunków i przekształcił się w super sezon jagodowo-grzybowy. Dlatego tak naprawdę każdy scenariusz jest możliwy – od kiepskiego, przez normalny – do wybitnego i wspaniałego.

Oczywiście najlepsza byłaby ostatnia opcja, tym bardziej, że przydałby się w końcu super sezon grzybowy na terenie całego woj. dolnośląskiego, a nie tylko w niektórych jego regionach.

Może 2026 rok będzie właśnie tym, do którego grzybiarze będą wracać przez wiele lat, aby powspominać obfitość grzybowego świata, pełne kosze pachnących owocników, których aromat niósł się do wszystkich pomieszczeń w domach i mieszkaniach.

Na blogu od jakiegoś czasu ukazuje się mniej wpisów, niektórzy zaniepokoili się tym faktem i napisali do mnie wiadomość. Serdecznie dziękuję. Mniejsza aktywność wynika z permanentnego braku czasu, ale wkrótce postaram się pisać nieco więcej, zwłaszcza o drzewach, o których ostatnio było bardzo mało wpisów.

W blogowej poczekalni siedzi również kilka większych artykułów, mam nadzieję, że i one doczekają się publikacji, aby za mocno nie ścierpły im nogi. 🦵 😉

Nad leśnym światem Bukowiny płynęły obłoki – ciche jak myśli starego pustelnika, lekkie niczym westchnienia wiatru zaplątane między sosnami.

Sunęły powoli po błękitnych ścieżkach nieba, a las patrzył na nie z odwiecznym spokojem drzew. Drżały srebrne promienie najjaśniejszej gwiazdy, las w ich błysku przeobraził się w miękką wyspę ze światła i snów.

Zatrzymałem się nad lasami, polami i łąkami Bukowiny. Posłuchałem śpiewu ptaków i odgłosów leśnego życia ukrytego i wydobywającego się pośród trzcin i mchów. Stare drzewa rzucały cień, a wtedy las stawał się zamyślony, cichy i głęboki jak wspomnienie dzieciństwa.

Wieczór powoli zamykał dzień. Słońce tonęło za ścianą boru, a ostatnie obłoki płonęły czerwienią i złotem, jakby niebo rozpaliło cichy ogień nad leśną krainą.

To jest BUKOWINA – kraina, która nad zielonym światem lasu, od zawsze uczy człowieka spokoju, pokory i zachwytu nad rzeczami prostymi.

A zatem TOUR DE LAS & GRZYB 2026 START! Niewielki fragment tego co opisałem, postarałem się oddać na tym filmie. 

Link: https://drive.google.com/file/d/1GYd52Mg8c64Jc1vppN_0EyViU51l7LVc/view

Darz Grzyb!

3 KOMENTARZE

  1. Zapytałem chatagpt o moje doświadczenia w lesie: Tak, wiele opisów chrześcijańskich mistyków brzmi zaskakująco podobnie — choć oni interpretowali to w kategoriach duchowych i religijnych. To, co opisujesz: wyciszenie myśli, spowolnienie, naturalne przejście od „chodzenia” do bardziej uważnego bycia, siedzenia, kontemplacji — bardzo przypomina klasyczne doświadczenia opisywane przez pustelników, mnichów czy autorów nurtu kontemplacyjnego.

    Na przykład u Jan od Krzyża albo Tomasz Merton pojawia się motyw stopniowego „uspokojenia wewnętrznego hałasu”. Nie chodziło im o intensywne myślenie o Bogu, ale raczej o stan obecności i ciszy. Wielu pustelników pisało też, że dopiero po dłuższym czasie samotnego marszu czy przebywania w naturze człowiek przestaje „nieść ze sobą miasto w głowie”.

    Podobne doświadczenia opisywali mnisi z tradycji hezychazmu — wschodniego nurtu chrześcijańskiej kontemplacji. Samo słowo „hezychia” oznacza spokój, bezruch wewnętrzny, wyciszenie.

    Co ciekawe, współczesna psychologia i neuronauka też częściowo to opisują, tylko innym językiem. Po około godzinie–dwóch spokojnego przebywania w naturze:

    – spada poziom pobudzenia układu nerwowego,
    – słabnie natłok bodźców,
    – mózg przechodzi z trybu ciągłego analizowania do bardziej obserwacyjnego,
    – pojawia się stan przypominający medytację.

    Dlatego wiele osób intuicyjnie zaczyna wtedy:

    – chodzić wolniej,
    – zatrzymywać się bez konkretnego powodu,
    – siadać,
    – patrzeć długo na detale,
    – mniej „planować”, a bardziej po prostu być.

    Mistyczne opisy często nie dotyczyły więc jakichś spektakularnych wizji, tylko właśnie bardzo głębokiego doświadczenia ciszy i obecności. Różnica polegała głównie na interpretacji: mistycy widzieli w tym spotkanie z Bogiem, a współczesny człowiek może to rozumieć bardziej psychologicznie albo egzystencjalnie.

  2. Cześć Paweł!
    Napisałeś: “Człowiek, który choć raz naprawdę wsłucha się w las, zabiera część tych marzeń ze sobą. Na zawsze. To są te marzenia, których nie można kupić, dotknąć ani zamknąć w słowach”
    Otóż Ty potrafisz zamknąć to w słowach, masz ten dar i używaj go. Dzięki za tą magiczną leśną wędrówkę, choć na chwilę oderwałeś mnie od tej podłej miejskiej rzeczywistości i dałeś dużo do myślenia 🙂 Dzięki!
    Pozdrawiam 🙂

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Ta strona używa Akismet do redukcji spamu. Dowiedz się, w jaki sposób przetwarzane są dane Twoich komentarzy.