Aktualności Grzyby Las

W rytmie lasu – bez pośpiechu po grzybowy koszyk.

W rytmie lasu – bez pośpiechu po grzybowy koszyk.

Czwartek, 3. września 2026 roku. Pierwszy test leśnej ściółki po opadach, które wystąpiły w drugiej połowie sierpnia. Wszelkie znaki na niebie i ziemi wskazywały, że w lasach Dolnego Śląska coś się dzieje. W górach sypnęło borowikami, podobnie w Borach Dolnośląskich, ale nie znalazłem informacji o sytuacji grzybowej w lasach Bukowiny i okolicach.

Na stacji wysiadłem sam, konduktorka życzyła mi powodzenia, choć stwierdziła, że tu grzybów chyba jeszcze nie ma, bo nie widziała grzybiarzy z pełnymi koszami. Odpowiedziałem, że las wszystko zweryfikuje. 😎

Brak ludzi wcale nie musi oznaczać braku grzybów. Wiele razy się o tym przekonałem, zwłaszcza na początku wysypu, kiedy jeszcze informacja o nim nie poszła w świat.

Po kilku minutach leśnego spaceru znalazłem pierwsze grzyby – dorodne i o dziwo zdrowe borowiki usiatkowane. Był to piękny, grzybowy wstęp do włóczęgi.

Zdrowe borowiki usiatkowane to zdecydowana rzadkość w lasach Bukowiny, dlatego warta wyraźnego zaakcentowania i zanotowania. Następnie poszedłem na miejsca prawdziwkowe i tam się zaczęło…

♦ Borowiki szlachetne ♦

Prawdziwki zaczynają nieśmiało przebijać się przez leśną ściółkę, jakby sprawdzały, czy nadszedł już właściwy moment na rozpoczęcie swojego przedstawienia.

Tu jeden niewielki kapelusz, tam drugi, a kawałek dalej kolejny – jeszcze maleńki, ale już wyraźnie zapowiadający większy okaz.

Najbardziej cieszą te prawdziwki, które dopiero się klują i wyglądają spod mchu, sprawiając grzybiarzowi niesamowitą frajdę.

Jeden z nich umościł się we wrzosach. To wyraźny sygnał, że las powoli przechodzi z letniego rytmu w jesienny. Fioletowy dywan wrzosów, a pośród niego – królewski borowik. Trudno o bardziej malownicze rozpoczęcie grzybowej jesieni.

Wśród mchu, igliwia i opadłych gałązek można dostrzec charakterystyczne brązowe kapelusze, które z każdym dniem stają się coraz łatwiejsze do wypatrzenia.

Niektóre wyrastały pojedynczo, inne pojawiły się w niewielkich grupach, tworząc prawdziwie grzybiarskie zakątki.

Warto w takich miejscach zwolnić krok i dokładnie przyglądać się ściółce, bo często kilka metrów dalej kryją się kolejne kapelusze.

Prawdziwki mają też niezwykły talent do znikania w leśnym krajobrazie – czasami wystarczy odwrócić wzrok, aby przeoczyć dorodnego borowika stojącego niemal na wyciągnięcie ręki.

Ich pojawienie się sprawia, że zwykły spacer zamienia się w pełne emocji poszukiwanie kolejnych brązowych kapeluszy. Każdy znaleziony okaz jest jak mała nagroda za cierpliwość i uważność.

Teraz kilka słów o zdrowotności. Wiadomo, że prawdziwki, zwłaszcza te z wysypów letnich na terenach nizinnych, często są mocno robaczywe. Jednak nie było tak źle, ponieważ ich zdrowotność oceniłbym na 65/70%.

Niemniej sytuacja była bardziej złożona, ponieważ – w zależności od miejsca, trafiałem borowiki ze zdrowotnością od 20/30 do nawet 90%. Najwięcej zdrowych okazów znajdowałem w buczynach i lesie mieszanym, najbardziej robaczywe w samych sosnach, ale to też nie było regułą.

Do jednego z większych okazów dobierał się ślimak. Przerwałem mu obiad, a znaleziony prawdziwek okazał się całkowicie zdrowy.

Po oględzinach borowikowych miejsc mogę stwierdzić, że obecnie rosnące prawdziwki należy zliczyć do wysypu letniego. Wiele miejscówek jesiennych jeszcze śpi.

W czwartek w bukowińskich lasach prawdziwki rosły swoim tempem – bez pośpiechu, zgodnie z rytmem lasu.

Jeszcze trochę wilgoci, sprzyjająca temperatura i kilka spokojnych dni mogą sprawić, że leśna ściółka zacznie kryć znacznie więcej niespodzianek.

♦ Koźlarze czerwone ♦

Drugim cennym gatunkiem, który postanowił przyozdobić ściółkę w bukowińskich lasach był koźlarz czerwony. Nie sypnął masowo, ale punkowo i niezbyt licznie.

Za to każdy kozaczek był naprawdę przekozacki! Piękny, jędrny i zdrowy. Szczególnie urokliwie prezentował się przytulony do siebie duet, który wyrósł w trawie w pobliżu topoli osiki.

Liczyłem na większą ilość jego osikowego towarzysza – koźlarza topolowego, ale znalazłem ich zaledwie kilka sztuk.

♦ Czubajki kanie ♦

Pojawiły się leśne sznycle, jedyne, niepowtarzalne, często cenione przez grzybiarzy bardziej od prawdziwych kotletów schabowych z mięsa.

To oczywiście czubajki kanie, których zebrałem kilka sztuk. Pierwsze leśne kotlety zostały już zjedzone, tradycyjnie były przepyszne. 😉

Do grzybowego asortymentu wpadło również kilka siedzuni sosnowych, maślaków żółtych i maślaków ziarnistych.

Gatunków niejadalnych lub trujących spotkałem niewiele. Bardzo punktowo klują się muchomory czerwone, przy drogach rośnie sporo tęgoskórów cytrynowych.

Swoje nieśmiałe próby zdobycia kawałka terenu w leśnym świecie akcentują również maślanki. Niektóre pięknie wkomponowały się w otoczenie.

Czyli śmiało można powiedzieć, że mamy drgnięcie w świecie grzybów wraz z początkiem września, które to drgnięcie powinno rozwinąć się w najbliższych dniach na większe ruchy grzybotwórcze.

W lesie zrobiłem na tyle staranną selekcję i oględziny każdego znalezionego grzyba, że w domu już nic nie odrzuciłem. Pierwszy wrześniowy, pachnący koszyk grzybów został zaewidencjonowany w leśny statystyce. 😉 

🌲🍄 W rytmie lasu 🍄🌳

Czwartkowe grzybobranie miało jeszcze jeden, bardzo ważny atut. Od początku do końca wyprawy nie spotkałem żadnego grzybiarza, samochodu czy po prostu innych ludzi włóczących się po tych lasach.

Nie każde grzybobranie musi być wyścigiem. Nie zawsze trzeba nerwowo zerkać na zegarek, nasłuchiwać, czy gdzieś w pobliżu ktoś nie znalazł właśnie całej rodziny prawdziwków i przemierzać kolejnych hektarów lasu w poszukiwaniu miejsc, do których jeszcze nikt nie dotarł.

Czasami najlepsze grzybobranie to takie, podczas którego człowiek po prostu idzie przed siebie, spokojnie zagląda pod drzewa, rozgląda się po ściółce i pozwala, aby las sam zdecydował, ile chce tego dnia podarować. Właśnie takie było to grzybobranie.

Od samego początku panował wyjątkowy spokój. Las przywitał mnie ciszą, przerywaną jedynie nieśmiałym śpiewem ptaków, czasem szumem koron drzew i delikatnym szelestem ściółki/liści pod butami.

Nie było tłumu grzybiarzy, nerwowego przemieszczania się z miejsca na miejsce ani charakterystycznego uczucia, że każda minuta zwłoki może oznaczać utratę wielu owocników w danej miejscówce. Była za to przyjemność powolnego chodzenia.

Kiedy człowiek się nie śpieszy, zauważa rzeczy, które podczas pośpiesznego przemarszu łatwo przeoczyć. Małą kępę mchu przy pniu, delikatne porosty na kawałku drewna, krople rosy na trawie, pajęczynę rozpiętą pomiędzy gałązkami czy pojedynczego grzyba wystającego nieśmiało spod warstwy igliwia.

Zachwyciłem się kulminacją kwitnięcia wrzosów. W tym roku wyglądają po prostu obłędnie! Kwitnący wrzos to jeden z najpiękniejszych znaków kończącego się lata i nadchodzącej jesieni.

Jego drobne, dzwoneczkowate kwiaty tworzą na ziemi gęste dywany w odcieniach fioletu, różu i bieli. Roślina ta potrafi ożywić nawet najbardziej puste i piaszczyste leśne polany. W słońcu krzewinki wrzosu wyglądają jakby delikatnie lśniły, co przyciąga mnóstwo pszczół i motyli.

Powiada się, że “Gdy wrzosy we wrześniu pięknie kwitną, niosą jesień chłodną i ambitną.” Jako grzybiarz, przez wspomnianą ambicję jesieni, rozumiem świetny jesienny wysyp grzybów, na który czekam z utęsknieniem. 😉

W czwartkowych lasach Bukowiny nie było konkurencji. Nie było wyścigu. Nie było potrzeby sprawdzania, czy ktoś przypadkiem nie uzbierał więcej. Liczył się sam spacer, las i ta niezwykła przyjemność stopniowego zapełniania koszyka.

Co jakiś czas warto było również zatrzymać się na chwilę. Spojrzeć wysoko na drzewa, popatrzeć na światło przebijające się przez korony i posłuchać lasu.

Grzybobranie ma przecież w sobie coś więcej niż samo zbieranie grzybów. To sposób na spędzenie czasu w miejscu, w którym człowiek może na moment oderwać się od codziennego pośpiechu. W lesie czas płynie trochę inaczej.

Tutaj nie trzeba niczego przyspieszać. Grzyby nie wyrastają szybciej tylko dlatego, że człowiek biegnie. Nie pojawi się ich więcej dlatego, że będziemy nerwowo przemierzać kolejne ścieżki.

Czasami wystarczy zwolnić i pozwolić, żeby oczy przyzwyczaiły się do leśnego krajobrazu. Wtedy zaczynają pojawiać się kolejne skarby. Ten dzień właśnie taki był. Bez wielkich emocji, bez spektakularnych odkryć, ale za to z mnóstwem małych, przyjemnych chwil.

Każdy znaleziony grzyb był jak kolejny element układanki. Jeden do koszyka, drugi obok niego, następny trochę dalej. A wraz z nimi rosło przekonanie, że dzisiejsze grzybobranie zakończy się całkiem przyjemnym wynikiem.

Nie trzeba było wracać do domu z rekordowym zbiorem. Nie chodziło o to, żeby pobić czyjś wynik ani udowodnić, że właśnie tego dnia można zebrać najwięcej. Wystarczył koszyk grzybów, zmęczone nogi i satysfakcja z dobrze spędzonego czasu. ⌚

Najbardziej cieszyło jednak coś innego. To, że można było spokojnie cieszyć się lasem. Bez pośpiechu. Bez konkurencji. Bez ciągłego zastanawiania się, czy gdzieś za kolejnym zakrętem nie znajduje się ktoś, kto właśnie zbiera „nasze” grzyby. Po prostu w rytmie lasu. ✨

🍄 Darz Grzyb! 🌲

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Ta strona używa Akismet do redukcji spamu. Dowiedz się, w jaki sposób przetwarzane są dane Twoich komentarzy.