Przejdź do treści
Zakończenie Tour De Las & Grzyb 2025.


Środa, 5. listopada 2025 roku. Na ten dzień wyznaczyłem oficjalne zakończenie Tour De Las & Grzyb 2025. Do Grabowna Wielkiego jechałem pociągiem, w Grabownie przesiadka na autobus komunikacji zastępczej do Bukowiny. Remont szlaku kolejowego trwa w najlepsze i ma się zakończyć dopiero 30 czerwca 2026 r.


Wyruszam po raz ostatni w tym sezonie z koszykiem po bukowińskiej ziemi. Postanowiłem przejść się jednym z najstarszych, znanych mi szlaków włóczęgostwa za grzybami. Jak zwykle wraca mnóstwo wspomnień z minionych lat, które w podświadomości lewitują gdzieś jak spadające jesienne liście.


Październikowe chłody przyśpieszyły tegoroczne opadanie, obecnie leżą ich kolorowe dywany. Po kilku minutach spokojnego spaceru i przejściu w pobliżu samotnego domku położonego nad stawem, stanąłem przed majestatem bukowińskigo lasu.


Witaj w leśnym królestwie! W najbarwniejszej szacie listopada, która pod koniec miesiąca zamieni się w długi zimowy i szary sen.


Po mglistym i rześkim poranku, niektóre fragmenty lasów były jeszcze odziane w chłodne, delikatnie unoszące się mleczne powłoki.


Las przechodzi przez coroczną ceremonię jesiennych przemian. Do tego jest przyjemnie nawodniony, pachnący, świeży i wielobarwny.


Po rytuale przywitania leśnej Świątyni, wszedłem w sosnowe bory, które podczas grzybnych sezonów, mienią się w ściółce brązowymi kapeluszami podgrzybków.


W tym sezonie skąpiły tych kapeluszy, ale coś tam można było znaleźć, choć raczej w bardzo małych ilościach. Na pożegnanie sezonu obdarowały mnie kilkoma ładnymi egzemplarzami.


Część owocników musiałem pozostawić w lesie, ponieważ były zbyt namoknięte, rozczłapane i kompletnie nie nadawały się do zbioru.
♦ Grzyby ♦


W listopadowej Bukowinie lasy darzą grzybami, choć w niewielkich ilościach. Niemniej cały dzień buszowania po kniei, można dać całkiem przyzwoity rezultat w koszu, jak na podaż tego słabego na tych terenach sezonu.


W ściółce klują się przede wszystkim podgrzybki brunatne, maślaki zwyczajne, czubajki gwiaździste i opieńki, choć tych ostatnich jest dużo mniej niż przypuszczałem.


Ale może to jest dopiero początek ich tegorocznego wysypu i obecnie rośnie ich więcej. Borowiki szlachetne zakończyły mizerne owocnikowanie 2025, większość koźlarzy również.


Za to podgrzybki późnojesienne trzymają fason i niektóre z nich prezentują się wspaniale. Znalazłem kilkanaście takich cudnych “pluszaków”.


Punktowo rosły w niewielkich grupach. Każdy z nich bardzo mnie ucieszył. Szkoda, że w tym sezonie rosło ich tak niewiele.


W brzezinach znalazłem ładnego koźlarza pomarańczowo-żółtego. W kilku innych koźlarzowych miejscówkach, również szukałem koźlarzy, ale poza jednym koźlarzem babką, innych nie spotkałem. Trafił się też koźlarzowy kapeć.


W sosnowym lesie pomieszanym z buczyną wyrósł piękny maślak pstry. W tym sezonie było ich bardzo mało, w przeważających ilościach miejsc – w ogóle.


Nadal można podziwiać piękne muchomory czerwone. Nie ma ich wiele, ale każdy kto chce je obejrzeć, wcześniej czy później napatoczy się na jakiegoś wykropkowanego dżentelmena.


Oczywiście najlepiej szukać ich w brzozach z domieszką sosen lub nawet w samych brzozach, pod którymi muchomory czerwone uwielbiają rosnąć.


Tradycyjnie wypatrzyłem również kilka gatunków grzybów nadrzewnych, które fascynują swoimi kształtami i barwami.


W opadłych bukowych liściach, też można dostrzec klujący się świat grzybów, między innymi czernidłaków lub lakówek.


Na podsumowanie tegorocznego sezonu grzybowego przyjdzie czas w grudniu. Dla mnie był słaby, ale w części grzybowej. W jagodowej był bardzo dobry. Z każdym krokiem wchodziłem coraz głębiej w leśne komnaty.


Las mienił się brązowo-czerwono-złocistymi kolorami z domieszką bursztynu i głębokiej purpury. I pachniał jesienną świeżością.


Młode buki znajdują się w fazie maksymalnego wybarwienia, z każdym dniem pogłębiając na listowiu dominację późnojesiennego brązu.


Zajrzałem również w dębowe zwarte gniazda, w których znajduję prawdziwki i krasnoborowiki ceglastopore. Nie znalazłem ani jednego.


Poranne mgły i zamglenia zanikły, na niebie zagościł błękit, las oplatały ciepłe promienie jesiennego Słońca. W lesie zrobiło się bardzo przyjemnie, komfortowo, cicho i maksymalnie relaksująco.

Usiadłem na pniaku, oparłem głowę o sosnę i postanowiłem przez kilkanaście minut nic nie robić, tylko wsłuchać się i wpatrzeć w las. Uważam, że nie ma nic bardziej oczyszczającego duszę z cywilizacyjnego szumu i brudu.

Kontakt z przyrodą jest najlepszą terapią, psychologiem, lekarstwem oraz zabiegiem. 😉🌳💖🌲

Szum liści pod stopami, ich kształty, barwy, rozmiary dają tyle wdzięczności, piękna w przemijaniu, nastrajają, uczą pokory przed potęgą upływu czasu i nieuchronnością przemian wszelkich form życia.

Bukowińskie lasy ciągle się zmieniają, najczęściej pod wpływem gospodarki leśnej, która wymienia całe pokolenia drzew i ich skład gatunkowy. Leśnicy żonglują w nich sosnami, dębami, bukami, brzozami, modrzewiami, trochę świerkami, jodłami i grabami.

Wyruszyłem dalej. W Bukowinie wielokrotnie mam przeczucie, że las szykuje mi całą gamę leśnych cudów, kosztowności skrytych zarówno w leśnych głębinach, jak i na obrzeżach drzewiastej krainy i w końcu daleko poza lasem.

Szum późnojesiennego lasu wypełnia ciszę po śpiewie ptaków, które tak radośnie zaczynają swoje koncerty na przełomie lutego/marca i stopniowo wyciszają je od lipca.

Mijam dorodnego buka, który swój pień – niczym wielką stopę – schował w skarpecie uszytej mchem. Inny mech wystaje z bukowo-dębowych liści.

Młode buczyny spoglądają na uschniętego olbrzyma, który zamarł w ostatnich latach, obecnie całymi płatami zrzuca korę i traci gałęzie oraz konary.

Maszeruję wzdłuż szlaku kolejowego, pozdrawiając dwie perły dendrologiczne – buka “Opiekuna” i jego brata. To dorodne, piękne i urokliwe drzewa.

Spoglądam na liczne kałuże. Dlaczego opady nie przyszły o kilka tygodni wcześniej, aby na dobre rozruszać grzybnię i produkcję owocników grzybów? Tak wyszło. Każdy sezon grzybowy to ruletka w przebiegu pogody, temperatur i opadów.

Zachwycając się lasem “do góry nogami” w kałuży, uświadomiłem sobie, że jestem już bardzo blisko serca bukowińskich buczyn, które rozciągają się po obu stronach szlaku kolejowego.
♦ Bukowińskie buczyny ♦

W bukowym lesie, gdzie wiatr w koronach drzew przemyka,
jak stary śpiewak wśród złotych liści,
czas miękko stąpa po ścieżkach znikania,
a Słońce w smugach tańczy cicho, jak ludzkie myśli.

Korony płoną bursztynem i miodem,
jakby się niebo w nich chciało schować,
szelestem liści pisze przygodę
stary duch lasu – wciąż gotów opowiadać.

Bukowe pnie, jak srebrne kolumny,
niosą w górę ciszę, co śpiewa z echem,
i w tej katedrze bez murów, bez dumy,
cudem staje się każda chwila.

Wszystko tu wolno, wszystko przemija –
ostatni listek, ostatni promień,
a jednak serce, gdy się tu skrywa,
zna smak spokoju, zna sens jesieni.

W bukowym lesie świat się wycisza,
czas drzemie w mchu, dzień gaśnie powoli,
a człowiek staje się częścią ciszy –
nad jego sercem wibruje bukowy świat.

Wśród mchu i ciszy cień się zatrzymał,
jakby sam czas przestał oddychać,
bo tu się wszystko kończy i zaczyna –
w szeleście bukowych liści.

W bukowińskich buczynach czułem ciepło na twarzy i blask barw bukowego świata. Nie ma już smutku – jest tylko zgoda, że wszystko mija, by znów powstało, że w bukach drzemie odwieczna mowa: „Nie lękaj się końca – on jest początkiem nowego.” W bukowińskich buczynach nagrałem film. Zachęcam do jego obejrzenia i odsłuchania, najlepiej w maksymalnej rozdzielczości 1080p.

I nagle człowiek, co szedł samotnie, poczuł, że sam jest częścią lasu, że jego serce bije jednostajnie z rytmem korzeni, z oddechem czasu.

Ścieżka wilgotna, pachnąca deszczem, ciągnie się dalej w bezkres milczenia, a ja w tym lesie – jak w ludzkim wnętrzu – szukam początku pośród zwątpienia.

Przechodzę pod kultowym tunelem, z oddali robię zdjęcie, gdyż trwają przy nim prace remontowe i nie chciałem bez zgody fotografować ludzi, którzy tu pracują. Minęło listopadowe popołudnie, byłem na 100% przekonany, że na zakończenie sezonu – jak co roku – las przygotowuje mi kolejny spektakl barwnych przemian, które na zawsze pozostaną w moim sercu i pamięci.

W górze lśniły korony modrzewi wystrojone jesienią, gałązki dębów trzymały ostatnie listki, które wkrótce opadną na dno lasu.

Idę aleją, gdzie brzozy stoją w szpalerze. Jak białe cienie, jak strażniczki wspomnień. Ich kora błyszczy w chłodnym powietrzu – jak srebro czasu, jak echo po słońcu.

Świat tu jest jasny, lecz pełen tęsknoty. Światło i cień tańczą wśród korzeni. A wiatr – jak list z dawnego życia – rozwiewa myśli po ścieżce z jesieni.

Pod stopami – dywan z liści i snów, mchy na pniach dębów – leśny majstersztyk i cud. W listopadowym lesie wszystko jest łagodne, nawet wiatr – cichy i nostalgiczny, bo w nim tkwi sekret życia i końca, który kroczy razem z człowiekiem pośród drzew.

Po drodze znalazłem jeszcze trochę grzybów. Zrobiłem kilka zdjęć całego zbioru. Około 2,5 kg grzybowych darów trafiło do koszyka. Na ten rok wystarczy, choć lekki niedosyt pozostał. Przyszły sezon powinien być dużo lepszy. 🍄🍄🍄

Gdybym się uparł i nastawił wyłącznie na zbiór grzybów, z pewnością nazbierałbym dużo więcej owocników. Tylko, że czekał na mnie wysyp listopadowych dzieł leśnej sztuki i nie mogłem ich przegapić.
♦ Jesienne pochody Betula Pendula ♦

Wchodzę w las, gdzie brzozy w złoto i czerwień
Przemieniły swoje smukłe korony,
Gdzie liść tańczy w powietrzu – lekki jak sen,
I kładzie się miękko na ścieżce, co się wije w oddali.

Aleje falują w świetle słonecznym,
Które przeciska się przez czarno-białe pnie,
Tworząc plamy światła na dywanie liści,
Jakby ziemia przywdziała swój najpiękniejszy strój.

Jesień odchodzi powoli, lecz zostawia ślady,
Złoto, czerwień, srebro i bursztyn w sercu,
A brzozowe aleje w lesie trwają,
Jakby chciały powiedzieć: „Tu jest czas, tu jest wieczność.”

Brzozy maszerują w szpalerze złotym,
Niczym leśne wojsko światła na sosnowo-zielonym polu,
Liść po liściu błyszczy w powietrzu,
Tworząc cichy pochód, natchniony złotem i Słońcem.

Brzozy prowadzą marsz spokojny,
Nie spieszą się, nie słyszą zegara,
Ich pochód jest wieczny, jak światło i cień,
Dzień i noc, niebo i ziemia.

A ja – idę za nimi,
W cieniu ich bieli i blasku,
Słyszę w ich krokach echo minionych lat,
Słyszę, jak las mówi: „Jeszcze trwam.”

W sosnowym borze spotykam bursztynowo-złotego buka. Patrzy i milczy mądrością słonecznego ciepła, drzewną cierpliwością, leśną charyzmą. Od tego momentu wędruję w siebie, w ciszę, w to, co się kończy, by się zaczynać. W mrok, co już światła nie przykryje, bo w nim też może coś rozbłysnąć.

Na niebie płyną obłoki, choć teraz wydaje się, że zastygły w bezruchu. Zatrzymały się na podniebnym oceanie błękitu, wiatr ucichł. Słońce zeszło już nisko nad horyzontem.

Wędruje między cieniami, nie szukając wyjścia, lecz prawdy, bo w listopadowym lesie, mrok i cisza stają się przewodnikiem, a samotność – jedynym towarzyszem.

Gasnące światło przed zmierzchem. I choć wszystko zdaje się kończyć, choć dzień krótszy, a niebo niższe, w tym złocisto-brzozowym szlaku tli się światło – nie gasnące, lecz przechodzące dalej. W inny wymiar.

Spotykam spływający strumień światła pośród nadchodzącego mroku. Ścieżki giną w cieniu drzew, które wydają się patrzeć własnymi oczami, a każdy krok w tym półmroku brzmi jak chłodny oddech samotnej duszy.

Podążam w kierunku szlaku kolejowego, bo czas mnie nagli do powrotu. Już wiem, że jedynym wyjściem, aby zdążyć na autobus powrotny, będzie marsz na skróty – wzdłuż torów kolejowych.

Liście szeleszczą pod krokami wędrowca. Skrzypią gałęzie, sypiąc złoto i brąz,
Wiatr i echo przeszłości, niesie czar wspomnień o dawnych bukowińskich włóczęgach.

Idę samotnie ścieżkami wyściełanymi jesiennym dywanem liści. Moje oczy szukają w ciszy sekretów, które las skrywa pod warstwą tych liści. Mój oddech miesza się z wilgocią listopada.

Stare tory wiją się między drzewami, stają się ścieżką snów i tajemnic. Zostawiają za sobą ciszę, która śpiewa melodię dawnych pociągów. I pamięć lasu, która wciąż żyje własnym rytmem. Stare tory – świadkowie przemijania, strażnicy zapomnianych ludzi lasu i ich cieni…

Teraz na otwartej przestrzeni, podziwiam jeszcze raz jesienne pochody Betuli Penduli czyli naszej wdzięcznej brzozy brodawkowatej. Bukowina zaprezentowała mi najbardziej wybarwione oblicze tych cudnych drzew – bursztynowo-złocistą szatę, którą można podziwiać tylko przez kilka/kilkanaście dni w roku.

Gdy Słońce spływa z nieba ostatnim blaskiem,
Las staje się morzem złota i ognia,
I wiem, że uczestniczę w cudzie –
W pochodzie jesiennych alei brzozowych,
Które niosą w sobie całą poezję świata.

Brzozy pochylają się w rytuale pożegnania,
Ich ramiona drżą od chłodu i wspomnień,
A liście – jak płomienie, jak motyle –
Opadają w powolnym tańcu przemijania.

Zahipnotyzowany, duchowo pijany od tych widoków, wędruję dalej szlakiem kolejowym, którym przyjeżdżam do Bukowiny od 38 lat. Obłoki wciąż nieruchome, czekają w bezszelestnym napięciu na wielką ceremonię naszej gwiazdy.

Spoglądam na dwie wieże czyli nadajniki na Królewskiej Woli i zmieniające się z każdą minutą niebo. Jeszcze tylko kilka minut i…

Szlak kolejowy zamienia się w podróż do leśnego mroku. Wieczorne zamglenia wypełzają z ziemi jak niewidzialny wąż. Zostaje tylko oddech lasu, czekając na wędrowca, który się zgubił.

Nad Bukowiną rozbłysnęła jedność nieba z lasem. U mnie w podświadomości rozpoczęła się wieczorna medytacja nad duchową podróżą po Bukowinie, która trwa nieprzerwanie od 1988 roku.

38 Tour De Las & Grzyb dobiegł do mety. Przemknęły mi w myślach wszystkie poprzednie sezony. Ludzie, którzy odeszli do wiecznych borów. Klimat dawnych lat jaki przeminął bezpowrotnie. Ale pozostała Bukowina – wciąż imponująca nieograniczonym rzemiosłem przyrodniczo-duchowej inspiracji. Po 38 latach włóczęgi po bukowińskiej ziemi, śmiało mogę napisać, że źródło tej inspiracji jest niewyczerpalne.

Skierowałem głowę na wschód. Nad zasypiającymi lasami zaczął wędrować “Super Księżyc” w listopadowej pełni. Od razu powiedziałem sam do siebie – bez względu na ilość grzybów to był SUPER sezon, bo w Bukowinie nie ma innych sezonów. Natomiast SUPER KSIĘŻYC niech będzie zapowiedzią SUPER sezonu grzybowego 2026.

I choć tradycyjnie dużo napisałem podczas wyprawy kończącej kolejny sezon, tradycyjnie też dopowiem, że nawet w 10% nie oddałem słowami i zdjęciami tego, co widziałem, słyszałem i czułem. Bo po prosu jest to niemożliwe. Emocje to coś znacznie więcej niż milion słów i tysiąc wierszy.
Darz Grzyb!
Nasza strona internetowa używa plików cookies (tzw. ciasteczka) w celach statystycznych, reklamowych oraz funkcjonalnych. Dzięki nim możemy indywidualnie dostosować stronę do twoich potrzeb. Każdy może zaakceptować pliki cookies albo ma możliwość wyłączenia ich w przeglądarce, dzięki czemu nie będą zbierane żadne informacje.Akceptuję Odrzucić Więcej Polityka prywatności & Cookies