facebooktwitteryoutube
Aktualności - 11 Wrz, 2017
- brak komentarzy
Wzgórza Twardogórskie wciąż bez masowego pojawu (wysypu) grzybów.

Niedziela, 10 września 2017 roku na Wzgórzach Twardogórskich. Komfort termiczny – około 20 stopni C i przeważnie całkowite zachmurzenie. Nic, tylko włóczyć się po lasach ile wlezie. ;)) Główny cel wycieczki – dokładne sprawdzenie, co w ściółce piszczy/rośnie i jakie są grzybowe perspektywy na najbliższe dni. Jakby ogólnie porównać sytuację grzybową na Wzgórzach do najbardziej grzybnych terenów w kraju to trzeba postawić mrówkę obok słonia. Albo płetwala błękitnego… ;))

„Mrówką” są oczywiście i niestety Wzgórza Twardogórskie. 1. września porządnie popadało, po prawie dwu-tygodniowym okresie posuchy. Optymizm i nadzieje do serca wlane. Ale… To za mało. To jeszcze nie to. Jeszcze jeden (a najlepiej dwa), porządny deszcz, wystarczyłby na dopełnienie warunków potrzebnych do masowego grzybnięcia w Bukowinie i okolicach. A tak? Coś tam wyłazi, wypełza i próbuje rosnąć. Bardzo sporadycznie i z ciężkim bólem kapelusza. Dlaczego? Bo nadal jest zdecydowanie za sucho. To najważniejsza przesłanka do masowego pojawu, która ciągle nawala, jak chiński silnik w ruskim samolocie. ;))

Wracając do terminu „porządny deszcz”. Co to oznacza? Że kropelki deszczu mają padać w krawacie lub muszce? Albo z gracją baletnicy? Nic z tych rzeczy! Porządny deszcz ma padać nieporządnie! Ma zlać każdy skrawek lasu i najgęstsze świerczyny, buczyny, sośniny, chaszcze, trawska, gęstwiny, maliny i jeżyny! 50 lub 60 litrów wody na metr kwadratowy w ciągu 15-20 godzin. To jest porządny deszcz! A nie kap, kap 20 minut i klops. Po imprezie. A później słoneczko i chmur deczko. ;((

Stąpając twardo po suchej ziemi twardej, rozpocząłem – w procesie głębokiej, grzybowej ciekawości – wytrzeszczać oczy niczym słynny Wrestler – Mark William Calaway przed walką, znany jako Undertaker. ;)) Najpierw skraje lasów. Tam mogą się czaić kotlety zwane czubajkami kaniami ponieważ dotarło więcej wilgoci. Mamy też wspomaganie w postaci zamgleń i rosy. Ale tak naprawdę to taki „respirator” dla grzybów, nie mający większego znaczenia do masowego pojawu grzybów, którego obecnie brak.

Kotlety nie zawiodły. Kilkanaście dorodnych sztuk wystarczy, aby przyjemnie wychłostać kubki smakowe i wytężyć wątrobę do pracy. Gdybym nastawił się wyłącznie na poszukiwanie kani to wynik byłby spory. Mi marzyły się jednak prawdziwki, koźlarze, podgrzybki, rydze i inne, wartościowe grzyby. Zatem ze skrajów lasu, poszukiwania przeniosłem na miejscówki gatunków wyżej wymienionych. I tu zaczęło się żmudne, wielogodzinne poszukiwanie nie grzybów a grzyba.

98% moich grzybowych miejscówek świeci pustką. Sucho, sucho, sucho i jeszcze raz sucho. A niech to ktoś kopnie! Czy kiedyś trafi się taka jesień, kiedy wrzesień i październik nie będą „strzelać focha” z opadami na Wzgórzach Twardogórskich? W zeszłym roku, mega-focha strzelił wrzesień. Październik – dla odmiany, był rewelacyjny. W tym roku, wrzesień mile podłechtał pierwszego dnia. A po tym dniu, wszystkie, znaczące opady, których w kraju nie brakuje, omijają wąskim lub szerokim łukiem te tereny. Gdzieś po drodze, znalazłem garstkę kurek i dwa maślaki sitarze. Nie zrobiłem im fotek. Też „strzeliłem” focha. ;))

Jedna kaniucha była naprawdę spora. Postanowiłem zrobić sobie z nią fotkę. Nie stawiała oporu. ;)) Pewnie jeszcze nie miała w grzybowej świadomości, co to jest patelnia, rozgrzany olej, zęby i w końcu soki trawienne. ;)) Z wieloletnich obserwacji wnioskuję, że kanie na Wzgórzach to przeważnie zapowiedź pojawu maślaków, a następnie prawdziwków, koźlarzy, podgrzybków i innego asortymentu. Napisałem przeważnie, dlatego, że pojedyncze owocniki tych gatunków, mogą się pojawiać również z kaniami.

Za to dopisują pająki. Kto lubi wejść twarzą prosto w spektakularną pajęczyną z tłustym krzyżaczkiem na środku? Poza tym, że pajęczyna się klei i powoduje na twarzy nieprzyjemne odczucia, tak naprawdę nic nam nie grozi. Ludzie jednak szybko ją ściągają, machają rękoma, jakby ćwiczyli kung-fu na pełnym gazie. ;)) Takich niespodzianek pomiędzy drzewami, a szczególnie przy skrajach lasów jest obecnie sporo. Wczoraj, kilka razy wszedłem w dzieło pajęczaków.

Po wielu kilometrach bezgrzybności, wreszcie znalazłem pierwszego, ogryzionego przez ślimaki prawdziwka. Poza tym był zdrowy i twardy, co oznacza, że to już ten jesienny, rosnący i pojawiający się w mniej robaczywych warunkach, jakie przeważnie są w miesiącach czerwiec-sierpień. W pobliżu rósł drugi egzemplarz, który został już w większości schrupany przez żuki. A to „gnojarze” jedne. Nie dość, że tak mało prawdziwków to jeszcze jednego mi opędzlowali. ;)) Wrzuć na luz Paweł. Mają do tego pełne prawo. To ich chata, ty jesteś tylko gościem. ;))

Po jakichś 2 kilometrach, znalazłem następne 2 okazy borowików szlachetnych. O ile ten większy wcielił się w rolę masowego wynajmującego dla robali, o tyle ten drugi to absolut, piękniś, dostojniak, przystojniak, wzorcowy, perfekcyjny i imponujący Boletus edulis. Ależ takie okazy łapią za serducho! Od razu człowiekowi robi się ciepło, a mózg wysyła na łączach endorfiny, które podpowiadają: „Skacz w górę, tańcz, śpiewaj, pstrykaj foty i wariuj, bo trafiłeś na króla królów”! ;))

To mój najpiękniejszy, 10-wrześniowy prawdziwek. Potężny, zdrowiutki, pachnący i kompletnie perfekcyjny. Ktoś, kto nie zbiera grzybów i nie fascynuje się leśnym światem, pewnie tego nie rozumie. Ale gdyby tak choć raz zobaczył na własne oczy, jak taki grzyb rośnie, jak wspaniale się prezentuje, wreszcie – jak przepiękne twory „produkuje” Matka Natura, usiadłby i zapłakał, że tyle lat żyje i tak wiele piękna go minęło. ;))

Będąc już w totalnym, pozytywnym amoku, przyśpieszyłem, aby sprawdzić jak najwięcej miejscówek na grzyby. Po drodze, trafiałem na dziesiątki tęgoskórów. I przeważnie tylko tęgoskórów. Wielkie połacie lasów są bez grzybów. Nieliczne gołąbki, purchawki, muchomory rdzwobrązowe, cytrynowe, także zielonawe vel. sromotnikowe, jeden muchomor czerwony, ponurniki aksamitne, mleczaje rude i chrząstki, maślanki ceglaste oraz kilka innych gatunków grzybów, rosnące punktowo tu i ówdzie to jeszcze nie pojaw. To dopiero takie smyrnięcie grzybem po ściółce. 

Za to trafiłem na zastępcę króla. Jakieś 3 kilometry dalej. Także fenomenalnie piękny i zdrowy. Zaraz, zaraz. Zastępca to tak trochę nietaktownie brzmi. Przyjmę, że był to Pierwszy Marszałek Straży Królewskiej. Albo Generał i główno-dowodzący armią. ;)) Oj, gdybym tak ich wszystkich znalazł. W liczebności 150. Albo 200. Niemniej taki jeden lub dwa cieszą ogromnie, zwłaszcza w tak dziadowskich warunkach hydrologicznych. Czyli król i marszałek złapani. Zastanawiałem się, gdzie jeszcze ukryła się elita grzybowego wojska?

Idąc wciąż dalej i dalej, w końcu „dopadłem” prawdziwkowego żołnierza. Nie był już tak okazały jak król lub marszałek, ale też prezentował się bardzo dobrze. Nie mogłem go oczywiście zostawić aby nie doszło do dezercji z miejsca warty. Chaps za kapelusz i po akcji. ;)) Tylko szkoda, że wokół niego, ściółka pod butami chrup, chrup i trzask. Ten efekt chrupo-trzaskania jest wyjątkowo mocny na wyschniętych liściach lub piaszczystej ściółce. ;((

W dalszym obchodzie lasów, spotkałem wreszcie pierwszego muchomora czerwonego. To jeden z najpiękniejszych symboli jesiennego pojawu grzybów. Pozostało mi jeszcze sprawdzenie miejscówki na rydze wśród młodych, samosiejkowych sosen, rosnących na zdziczałej łące. Zostałem bardzo pozytywnie zaskoczony ponieważ wyciąłem tam około 20 dorodnych i zdrowych mleczajów rydzów. Drugie tyle (przerośniętych i robaczywych), pozostało w lesie.

Niedaleko miejscówki rydzowej, znajdują się miejscówki koźlarzowe. Wahałem się. Tarabanić się tam czy nie? Trawsko wysokie, kleszcze szczypce zacierają na mój widok… Co robić? Skoro już jestem to idę. I bardzo dobrze, że poszedłem. Przywitały mnie trzy, przepiękne koźlarze. Intensywnie czerwone kapelusze, niezwykle kontrastują na tle soczystej, zielonej trawy. Chociaż miejscówka ta jest dosyć duża, nie znalazłem – poza tym uroczym trio – nic więcej.

Na koniec, po miejscówce koźlarzowej, znalazłem jeszcze jednego prawdziwka w dosyć sporym rozmiarze. Jednak ten okaz był kompletnie robaczywy. Zatem w nim także doszło do podpisania umowy najmu z robalami. Chociaż patrząc na to, co w nim wyrabiały, przypuszczam, że była to umowa o dożywocie i użytkowanie wieczyste. ;)) Bidulek prawdziwkowy. Nie przeczytał, co było napisane małymi literkami pod spodem. A może nie bidulek, tylko po prostu gamoń. ;))

I tak mniej więcej, wyglądała moja wczorajsza wycieczka. Upór, determinacja i wielogodzinne łażenie dały efekt pod postacią w miarę przyzwoitego zbioru w tych suchych warunkach. Grzybiarze, którzy wsiadali do pociągu w Grabownie Wielkim i Dobroszycach, mieli podobne ilości grzybów. Niektórzy połakomili się na prawdziwki giganty, chyba 2-tygodniowe. Kapelusze dziurawe na wylot. Współczuję, jak rozcięli je w domu…

Żeby jesienny pojaw (wysyp) grzybów na Wzgórzach Twardogórskich mógł się rozpętać na dobre, muszą przejść porządne opady, padające w sposób nieporządny. W przeciwnym razie, czeka nas na razie „pełzający” wysyp. Czyli tu i ówdzie, miejscami tylko jako tako, jak się pochodzi wte i wewte, tam i nazad. ;))

Podziel się na:
  • Facebook
  • Google Bookmarks
  • Twitter
  • Blip
  • Blogger.com
  • Drukuj
  • email

Komentuj na FB

Dodaj komentarz