facebooktwitteryoutube
Aktualności - 30 Sie, 2017
- brak komentarzy
Z cyklu opowiadań Wojciecha. BURZA.

BURZA

Były już wyjątkowe, Leśne Opowiadania Wojciecha, następnie wartościowy artykuł o żmii, a ostatnio – bardzo dobry wpis na temat grzybów trujących. Gdzieś po drodze, pojawił się też wątek wędkarski. I w tym opowiadaniu, Wojciech Dziewierski z Puszczy Knyszyńskiej, ponownie wraca do klimatów moczykija. Z tym, że nie jest to chwalenie się o taaaaakiej rybie, czy wielkiej ilości złowionych szczupaków. Burza to Burza. Zaczyna się bardzo niewinnie… A potem… 

Wstawaj Ty zapchlony suśle, wstawaj, bo wleję Ci wiadro wody w śpiwór!

A odczep Ty się! Ciebie chyba diabli nadali, boski dar snu człowiekowi odbierasz, głuchą nocą ze snu zrywasz…

Wstawaj, mówię Ci bo…. Już świt!

Te miłe słowa pobudki wypowiedziałem do mojego serdecznego kolegi i towarzysza wypraw wędkarskich niejakiego Irasa na głuchych, nadbiebrzańskich bagnach, jakoś tak latem w lipcu czy sierpniu, roku nie ważne przecież. Na stanowcze żądanie Irka zamieszczam sprostowanie:

Nieprawdą jest, że nie chciałem wstać. Sam charczałeś tak, że aż namiot chodził i dopiero kubek zimnej biebrzanki przemówił Ci do rozumu. Może i tak było, któż by to wszystko spamiętał. Ubrałem swoje trapery i polazłem razem z Irkiem, zresztą nad rzekę, zażyć porannej kąpieli. Ktoś tutaj może się zdziwić, trapery i kąpiel. Odpowiem przestrogą. Nikomu nie radzę chodzić po tamtejszych grądach bez butów, natomiast kapać się jak najbardziej. Szybko zaczęliśmy przygotowywać śniadanie, zauważając, że trzeba będzie udać się do pobliskiego miasteczka, celem uzupełnienia zapasów prowiantu a i szczepionki przeciwko febrze były na ukończeniu.

Zażyliśmy po jednej, no może po dwie i szybko polecieliśmy nad rzekę. Tym czasem zaczął wstawać świt. Nad bagnami i rzeką snuł się różowy, prześwietlony wschodzącym słońcem opar. Ryby brały jak zwykle. Po godzinie miałem kilka ładnych płoci a Irek oprócz płotek również niebrzydkiego jazia. Obiadek był już zapewniony a może kolacja. Tylko było jedno ale… Zaczął ogarniać nas jakiś niewytłumaczalny niepokój.

Poranek wstał jakiś ciężki, powietrze było wręcz gęste, zaczęło się robić parno pomimo bardzo wczesnej godziny. Nawet ptaki, które zawsze darły się po krzakach i szuwarach jak głupie, były prawie cicho. Za to dla uatrakcyjnienia pobytu, cięły jak wściekłe gzy. Obydwaj już wiedzieliśmy co to znaczy. Ale trzeba było iść na zakupy. Jak na złość, wypadła moja kolej. Ociągając się troszkę, wziąłem duży plecak, ściągę z listą zakupów i poszedłem. Oj po kilkuset metrach marszu przez bagno miałem dość. Sił dodawała mi jedynie myśl o znanej mi chłodnej piwniczce, gdzie serwowano zimne piwko.

Doszedłem do mieściny. Widziałem swojski klimat wschodniego miasteczka. Zakupy zajęły troszkę czasu, może nie tyle same zakupy co targowanie się z przekupkami na targowisku. Uwielbiałem to robić a przy okazji porozmawiać z ludźmi. Jak miałem szczęście to zbiłem i połowę ceny.  No i trzeba było udać się do apteki i nabyć szczepionki na febrę. Tutaj już nie było targowania. Wiadomo – szczepionki ceny urzędowe. I nareszcie taszcząc na plecach ciężki wór z zakupami, mogłem udać się do wspomnianej piwniczki. Siadłem sobie wygodnie, zamówiłem dwa kufelki piwka od razu.

Rozmarzyłem się w przyjemnej, chłodnej atmosferze. W pewnym momencie przysiadł się do stolika straszy, tęgi pan. Wychlał cały browar duszkiem – profan jeden, zamówił następne trzy i od razu zagadał – a ty to jesteś z Diabelskiego Grądu? Z grądu zgoda, ale dlaczego zaraz diabelskiego?! Przybysz uśmiechnął się tajemniczo. Dzisiaj się przekonacie, dlaczego zasłużył sobie na to miano. Wypij sobie jeszcze piwko i zasuwaj do kolegi i w te pędy wynoście się stamtąd. Do miasteczka już nie zdążycie, ale popłyńcie sobie z pół kilometra w górę rzeki – tam są niedaleko od niej ruiny poniemieckich bunkrów, tam będziecie bezpieczni.

Bezpieczni od czego? – zdążyłem się zapytać, przybysz zaś powiedział tylko – nie trać już więcej czasu. Natychmiast wracaj! Powiedział to jakimś takim tonem, że posłuchałem od razu. Złapałem wór i wyszedłem na ulicę. Oj, upał walnął mnie tak, jakbym oberwał pięścią w łeb. Ale pomny na przestrogę szedłem szybko o ile pozwalał mi na to ciężki wór a i za chwilę zaczynające się mokradło. Dolazłem w końcu jakoś. Siadłem zmachany i mokry jak szczur. Ale właśnie ostrzeżenie nieznajomego człowieka i ten nasz poranny niepokój, który się mocno spotęgował. Popatrzyliśmy się na siebie. Z kim jak z kim, ale z Irkiem rozumieliśmy się bez słów. A i obaj nie byliśmy nowicjuszami i wiedzieliśmy, że pewnych sygnałów nie wolno wręcz lekceważyć. Jedna komenda – zwijamy się.

Poskładałem błyskawicznie wędki, Irek w tym czasie złożył namiot. Drobne rzeczy wrzuciliśmy do łodzi, to na szczęście nie było gruntowne pakowanie tylko takie na kilka godzin. Tak wszystko fajnie, ale jeśli do tej pory było parno to w tej chwili powietrze można było kroić nożem.  Na dokładkę nie było nawet najlżejszego podmuchu wietrzyku. Ptaki ucichły zupełnie, za to gzy – o te sobie nie żałowały. Siedliśmy do łódki. Szybkie pytanie, czy płyniemy do miasteczka czy do bunkrów? Do miasteczka rzeką daleko, ale z prądem, do bunkrów niby bliżej, ale za to pod prąd no i jeszcze trzeba kawałek iść z gratami przez bagno.  

Decyzja – walimy do tych bunkrów. Zrobiliśmy łódką ostry zwrot i cała naprzód. Tymczasem ta duchota, która była do tej pory, wydawała się tylko dziecinną igraszką, a Słońce zaczęło świecić jakby przez mgłę. Obaj wiedzieliśmy, że skończyły się żarty. Wiosłowaliśmy ostro oboje, ale wędkarska łódka to nie wyścigowy kajak. Dystans kurczył się rozpaczliwie powoli. Jeszcze dziadkowi w knajpie pomieszało się w głowie, później sprawdziliśmy bunkry, były od nas oddalone nie o pół kilometra, ale dobre dwa kilometry a i jeszcze trzeba było maszerować co najmniej kilometr przez mocno podmokłą łąkę.

Czyli jak bumerang wróciło pytanie: co robić? Na szczęście grunt przy lewym brzegu rzeki zaczął się lekko podnosić, bez słów skierowaliśmy się do niego. Wiedzieliśmy, że wiosną rzeka wylewa a w lecie ta duża woda się cofa, pozostawiając na brzegu liczne wyrwy i jamy w lecie suche, a nam pilnie było potrzebne schronienie. Nawet nie szukaliśmy długo. Znaleźliśmy odpowiednią norę. Wyciągnęliśmy nasz dobytek daleko na brzeg i schowaliśmy pod łodzią, zabezpieczając jak się da przed wodą, w szczególności namiot i ubrania. Sami potrzebowaliśmy szybko zrobić dach nad głową a właściwie nad jamą.

Przy pomocy saperki i noża zabraliśmy się za cięcie trzciny, tej przynajmniej nad Biebrzą nie brakuje. Jeśli ktoś twierdzi, że to łatwa praca to niech spróbuje, szczególnie przy cholernym upale i duchocie no i tnącym bez litości robactwie.  Kalecząc o ostre liście ręce, kontynuowaliśmy trzcinowe żniwa, z niepokojem obserwując ciemniejący coraz bardziej horyzont. Nadejście burzy było już kwestią, najwyżej trzydziestu minut. Powiązaliśmy nasz urobek w snopki, jeszcze szybko polecieliśmy nad rzekę wyciąć co nieco wiklinowych gałęzi na nasz dach. Kiedy wracaliśmy niosąc gałęzie, zerwał się wiatr ale za to jaki.

Oberwaliśmy jakby uderzenie pięścią i to solidne, obydwaj do ułomków nie należymy, ale naprawdę z trudem przeszliśmy może sto metrów od rzeki do naszego schronu. Przy wiejącym na oko wietrzysku – w porywach sięgał on na bank 100 km/h – szybko schowaliśmy się do wymytej przez wodę jamy. Wicher dął w najlepsze kładąc rosnący wokół las trzcin wręcz poziomo. Wyjrzałem spod naszego daszku. No widziałem niejedną chmurę burzową i niejedną burzę w życiu, ale czegoś takiego jeszcze nigdy. Pomimo, że była godzina może 14, letniego dnia zrobiło się niemal ciemno. Nieboskłon rozjaśniały jedynie błyskawice a i zbliżający się huk piorunów, zwiastował nadejście jeszcze ciekawszych rzeczy.

Z wrażenia zawołałem kolegę. Burza była wręcz przerażająca, ale również jakże piękna w swojej grozie. Wicher wiał tak, że pomimo, że staliśmy metr od siebie, nie byliśmy się w stanie porozumieć. Do tego nieustannie błyskało i grzmiało i to coraz bliżej. W pewnym momencie, dostrzegliśmy błysk pioruna i niemal jednocześnie poraził nas huk i to taki, że na chwilę pogłuchliśmy. Iras zrobił się na twarzy blady jak kreda, ja poczerwieniałem z wrażenia, w każdym razie zwialiśmy do naszej jamy nie wiedząc nawet kiedy. Na stanowcze żądanie Irka, zamieszczam poniższe sprostowanie.

Nieprawdą jest, że zbladłem, sam miałeś gębę bladą jak księżyc w pełni a ja zrobiłem się czerwony ze złości. Wiesz przecież, że nie znoszę hałasu. Może i było tak, ja jednak będę się trzymał wersji pierwszej. Po drodze widziałem rozhuśtane w jakimś dzikim tańcu nadbrzeżne krzaki łoziny i trzciny kładące się prawie poziomo pod naporem wiatru. Rzeka natomiast zupełnie zwariowała. Ołowiane fale tłukły jedna za drugą w brzeg niczym średniowieczny taran. Fale nie były takie duże, w końcu rzeka to nie morze, czy nawet duże jezioro. Jednak nie przychodzi mi tutaj inne określenie jak takie, że rzeka dostała wścieklizny.   

W końcu zaczął padać deszcz. Padać nie, to jest stanowczo złe określenie. Z nieba lały się wręcz strugi wody razem z gradem wielkości dobrego grochu. Nasz lichy daszek z trzciny i gałązek wkrótce zaczął przeciekać. Poubieraliśmy na grzbiet sztormiaki i …czekaliśmy. Dla odmiany zrobiło się chłodno, no ale zapobiegliwie zabraliśmy ze sobą butelkę szczepionki przeciwko febrze, także dało się wytrzymać pomimo tego, że mieliśmy wkrótce wody po kostki. Na szczęście taki orkan nie trwa długo. Po pół godzinie deszcz prawie przestał padać a i niebo zaczęło się przejaśniać.

No stary – to do Irka – chyba przeżyliśmy, wyłaźmy z tej mokrej dziury w końcu, nie będziemy robić w tym błocku za żabki. Jak powiedzieli tak zrobili. Wyleźliśmy z naszego schowka i…. Widok zaparł nam wręcz dech w piersiach. Wokół było morze powykładanej trzciny. Nad rzeką cała masa połamanych gałęzi nadbrzeżnej łoziny. Na szczęście nad Biebrzą, przynajmniej w tym miejscu, nie ma grubszych drzew. Sama rzeka również była jakaś mętna, niosła ze sobą masę liści, gałęzi i jakiegoś innego śmiecia. No nic trudno. Poszliśmy po łódkę. Na szczęście była nietknięta a i manele nie zamokły. Wróciliśmy na nasz stary grąd.

Widok nas po prostu zmroził. Tam, gdzie stał namiot była wypalona wokół trawa. Popatrzyliśmy się na siebie i od razu zrozumieliśmy, skąd wzięła się nazwa Diabelski Grąd i co by się stało, gdybyśmy nie posłuchali rady nieznajomego z knajpy, ale również nie zaufali naszemu doświadczeniu. Jakoś tak bez przekonania, zabraliśmy się na nowo za porządkowanie biwaku. Złowione przez nas z rana rybki, zapewniły nam kolację a i na wszelki wypadek, zażyliśmy nieco większą dawkę „medycyny”. Syci wrażeń, posnęliśmy snem sprawiedliwych a o świcie zwinęliśmy się z Diabelskiego Grądu. Póki co, miejsc na biwak nad Biebrzą nie brakuje a już szczególnie dla takich szaleńców jak my. ;))

Podziel się na:
  • Facebook
  • Google Bookmarks
  • Twitter
  • Blip
  • Blogger.com
  • Drukuj
  • email

Komentuj na FB

Dodaj komentarz